Siedem lat temu w londyńskim metrze zniknęła ośmioletnia Abigail. Mimo zakrojonej na szeroką skalę akcji poszukiwawczej, rodziców gorączkowo rozklejających plakaty z wizerunkiem dziewczynki i korzystających z wszelkich form wsparcia ze strony mediów, dziecka nie udało się odnaleźć. Teraz, gdy nadzieja umarła, jej resztki zostały pogrzebane, a rodzina zdaje się być pogodzona z faktem niezapełnialnej pustki, nastoletnia Abi nieoczekiwanie… przychodzi na posterunek policji, prowadząc za rękę kilkulatkę, której zaginięcie zostało niedawno zgłoszone.
Można więc powiedzieć, że „Białe małe kłamstewka” zaczynają się w momencie, który zwykle oznacza koniec kryminalnej historii, jednak ta odwrócona chronologia jest zabiegiem jak najbardziej celowym. Wbrew sensacyjnemu zarysowi zapowiadającemu „wciągającą, mroczną opowieść” autorka nie starała się szokować czytelnika porażającą ilością zwrotów akcji. W zasadzie wszystko opiera się na familijnej dramie i kilku tytułowych kłamstwach osób z bliskiego otoczenia głównej bohaterki. Również nieco wbrew oczekiwaniom i logice Abigail nie pełni roli narratorki. Są nimi jej matka Anne, jej ciotka Lillian i jej córka, a zarazem cioteczna siostra Abigail - Jess, tak, więc na całą sytuację patrzymy zawsze z boku, a główna zainteresowana została potraktowana nieco po macoszemu, co moim zdaniem nie wyszło niestety książce na dobre.
Fakt, iż to właśnie ludzie zdawałoby się chcący na dziecka, a potem nastolatki, jak najlepiej, są poniekąd odpowiedzialni za jej traumę, miałby sporą siłę rażenia, gdyby tylko postaci, z którymi przyszło nam krok po kroku odkrywać prawdę nie były tak miałkie, bezpłciowe i irytujące. Mimo obiecującego początku fabuła okazała się równie przewidywalna, co trywialna, a charakterystyka głównych bohaterów mało przekonująca. Wydaje mi się, że tą wcale nie grubą książkę liczącą 351 stron możnaby z powodzeniem odchudzić o ponad połowę, a nie stracilibyśmy zupełnie nic.
Generalnie powieści opowiadające o porwaniach i wykorzystywaniu nieletnich łączą się z dużym ładunkiem emocjonalnym niepozwalającym, co wrażliwszym odbiorcom, a już szczególnie osobom, które same mają dzieci, zmrużyć w nocy oka.”Małe białe kłamstewka” są niestety w tej kategorii niechlubnym wyjątkiem. Mimo szczerych chęci, zachęcających opisów i prostej, ale estetycznej okładki, nie mogę powiedzieć, że lektura należała do zajmujących, czy zapadających w pamięci. Gdybym tak zrobiła, byłoby to kłamstwo, a ja nie jestem uzbrojona w tak wielkie pokłady energii do wymijania, przemilczania, kręcenia i przeciągania w czasie ujawniania spraw oczywistych jak bohaterowie tej pozycji.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
„Białe małe kłamstewka”, Philippa East, Wydawnictwo Harde, Warszawa, 2020 r.
Komentarze