Mam sentyment do Lucy Maud Montgomery głównie ze względu na „Anię z Zielonego Wzgórza”, powieść mojego dzieciństwa. Kiedy zobaczyłam wznowione wydanie innej serii autorki, pomyślałam, że dam jej drugą szansę. Kiedyś próbowałam ją czytać jako dziecko i wtedy wywołała u mnie znużenie.
Wydawca w opisie stwierdza, że „Błękitny Zamek” to historia o samopoznaniu, wolności, miłości i odwadze, by żyć na własnych zasadach. Gdy Valancy Stirling dowiaduje się, że zostało jej kilka miesięcy, może rok życia, decyduje się w końcu robić to, na co ma ochotę, bez strachu, co pomyślą inni. Nie tylko zaczyna odpowiadać ciętymi ripostami na złośliwe docinki wujów i ciotek, lecz także porzuca dotychczasowe życie.
Książka zachęca estetycznym wydaniem i prostą, ale ładną kolorystyką. Forma wydaje się idealnie dopasowana do treści. Główna bohaterka występuje w niej jako „Valancy”, czyli pod oryginalnym imieniem, nie zaś jako „Joanna”, jak w wielu starszych wydaniach.
„Błękitny zamek” jest od samego początku powieścią nieco dojrzalszą niż „Ania z Zielonego Wzgórza” i od samego początku mocno nawołuje do tego, by brać los we własne ręce. Klimat pełen ciepła jest jednak tożsamy dla obu tytułów. Rękę Montgomery da się bez trudu rozpoznać, a także kompletnie zatonąć w jej słowach i przedstawianej historii. Fabuła płynie spokojnie, ale nie brakuje w niej zaskakujących momentów i swego rodzaju akcji, obyczajowej, fakt, ale jednak. Na pewno nie jest to nudny tytuł.
Historię tę tworzą interesujące postacie, wśród których jest kogo lubić, nie znosić i żywić wiele innych emocji. Podobało mi się to, jak rozwijała się główna bohaterka. Z satysfakcją śledziłam jej rozwój, mimo że był dość łatwy do przewidzenia. Na uwagę zasługują jednak także inne postacie, w tym ród Stirlingów. Właśnie poprzez nich autorka wplotła w treść sporo humoru. Dała się poznać jako prawdziwa znawczyni relacji międzyludzkich i obserwatorka społeczeństwa, w jakim żyła. W książce nie brak wniosków na ten temat. Na zabawnych dialogach nie poprzestała, jako że w powieści występuje też komizm sytuacyjny. Mimo to nie jest to tylko lekka lektura do relaksu. Daje wytchnienie i spokój, który budują obrazowe, niemal malarskie, opisy. Nie nudzą, a tworzą klimat sielski i przyjazny, choć niepozbawiony sztywnych zasad i konwenansów. To z nimi mierzy się protagonistka. Robi to z przytupem, a wszystkie jej działania przekładają się na wydźwięk feministyczny oraz dosadnie pokazują, że nikt nie zadba o nas lepiej, niż my sami. Chwilami ten tytuł może nawet wzruszyć.
Tytuł daje wiele nadziei, zachęca do tego, by żyć po swojemu i nie zniechęcać się porażkami. Pokazuje, że życie to nie bajka, ale że to od nas zależy, jak je przeżyjemy. Czy pewnym krokiem wytyczymy własne szlaki, czy damy sobą pomiatać? Podobało mi się, że jest bardzo aktualna, ale walkę o siebie pokazuje nieco w innym świetle niż wiele dzisiejszych tytułów, których autorzy przesadzają z umęczeniem, udręczaniem głównego bohatera i czytając je, można poczuć się przytłoczonym.
„Błękitny zamek” to motywująca, pozytywna powieść, która się nie zestarzała ze względu na humor i lekkie pióro autorki, a także morał, jaki niesie. Początkowo czułam się trochę zdezorientowana powrotem do oryginalnego imienia głównej postaci, jednak zabieg ten jest poniekąd zrozumiały i można się do niego przyzwyczaić. Zdecydowanie klasyka warta poznania lub przypomnienia.
Kinga Żukowska
(kinga.zukowska@dlalejdis.pl)
Lucy Maud Montgomery, „Błękitny zamek”, Wydawnictwo Marginesy, 2025.
Komentarze