„Chłopcy Jo” - recenzja

Recenzja książki „Chłopcy Jo”.
Żegnam się powoli z sagą Louisy May Alcott, bo „Chłopcy Jo” to powieść, która już od pierwszych stron sprawia wrażenie początku nieuchronnego końca. Czuć w niej spokój, ale i delikatny cień pożegnania – jakby autorka miała świadomość, że prowadzi czytelnika ku ostatniemu rozdziałowi świata zapoczątkowanego w „Małych kobietkach”. Choć wciąż obecne są tu ciepło, humor i serdeczność typowe dla jej stylu, atmosfera tej książki jest wyraźnie bardziej dojrzała.

W tej części Autorka opowiada o pierwszych krokach w dorosłość wychowanków z Plumfield. Młodzi bohaterowie opuszczają rodzinny dom, zabierając ze sobą mądrość i wartości przekazane im przez opiekunów, ale też własne słabości i zalety. Ten etap dorastania ma w sobie ogrom wrażliwości – chłopcy mierzą się z pokusami i trudnościami życia dorosłego, a obserwowanie ich zmagań jest dla czytelnika mocno angażujące.

Męski tytuł nie wyklucza jednak szczególnej roli, jaką odegrały w tej części dziewczęta. To właśnie w ich wątku pojawiają się piękne refleksje o pozycji kobiet w świecie nauki: „Dziś oczekuje się od nas, byśmy dorównywały mężczyznom, którzy od pokoleń mieli wszelkie możliwe wsparcie, podczas gdy nam często go brakowało. Dajcie nam równe szanse, a zobaczymy, jak sytuacja będzie wyglądać za kilka pokoleń. Lubię sprawiedliwość – a tej wciąż mamy tak mało”.

Ogromną przykrość sprawiło mi to, że nie słychać tu już beztroskiego śmiechu dzieci odkrywających świat. Zastąpiła go dorosłość – niełatwa, często surowa, pełna odpowiedzialności, lecz również marzeń, które próbują przebić się przez szarość codzienności. W tej części cyklu życie ukazane jest w całej swojej dwuznaczności: z radością i goryczą, z nadzieją i poczuciem straty. To właśnie ta mieszanka emocji sprawia, że książka przestaje być jedynie nostalgiczną opowieścią o rodzinie, a staje się uniwersalną i dość ponadczasową historią o ludzkim losie.

To w tej części Autorka wprowadza do opowieści tematy, które nadają jej większy ciężar emocjonalny. Pojawiają się dramaty, zagrożenia, decyzje wymagające odwagi. Obok nich subtelnie splata wątki miłosne – nie bajkowe romanse, lecz uczucia prawdziwe, niepewne, często bolesne, czasem pozostawiające po sobie jedynie wspomnienie. Dzięki temu powieść staje się jeszcze bardziej poruszająca, a czytelnik nie tylko obserwuje losy bohaterów, lecz naprawdę je przeżywa.

Zaskoczył mnie mocno wybrzmiewający wątek autobiograficzny związany z pisarstwem Jo. Alcott pokazuje, że nadmierna ciekawość czytelników dotycząca życia prywatnego twórców może być dla nich przytłaczająca. To fragmenty, które budzą uśmiech, ale też smutek – bo widać w nich osobiste doświadczenie autorki. To także subtelne przypomnienie dla nas, by w swoim zachwycie nad ulubionymi autorami nie przekraczać pewnych granic i zachować należytą kulturę.

„Chłopcy Jo” to historia, która miejscami posiada lekko melancholijny ton (chyba najbardziej ze wszystkich tomów cyklu), choć wciąż niesie ze sobą ogrom ciepła i nadziei. Styl Alcott, pełen dobroci i delikatnego humoru, sprawia, że wyprawy, w które mnie zabiera, za każdym razem okazują się udaną przygodą, która przynosi mi wiele radości. Nie omieszkam również wspomnieć o naprawdę wyjątkowym wydaniu, które trafiło w moje recenzenckie ręce: twarda, elegancka, żółta oprawa opleciona pnączami bluszczu kryje w sobie  równe 500 stron. W takiej odsłonie książkę nie tylko znakomicie się czyta, ale i z przyjemnością ogląda.

Jestem ogromnie wdzięczna, że mogłam poznać tę serię – zostawiła po sobie wiele pięknych emocji. Niezmiennie polecam. 

Klaudia Dydymska

Louisa May Alcott, „Chłopcy Jo”, Wydawnictwo MG, Warszawa, 2025.




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat