Przemysław Saracen kilka lat temu zdecydował się na emigrację w poszukiwaniu lepszego bytu. Jego wybór padł na odległą i mroźną krainę wikingów — Norwegię. Nie ma się co dziwić, bo Norwegia postrzegana jest przez narodowości wschodnioeuropejskie jako kraj dobrobytu, kraina pieniędzmi i ropą płynąca. Wielu imigrantów licznie przybywa w te strony, licząc na spory zarobek. O tym głównie pisze Przemysław Saracen. W swojej książce „Dzikie historie: Norwegia” opowiada nie tylko o samym kraju, ale przede wszystkim o nas samych — to coś w rodzaju krzywego zwierciadła dla Polaka, który w ekspresowym tempie chce osiągnąć wysoki status materialny i społeczny. To również opis jego osobistych emocji, doświadczeń i próba zaaklimatyzowania się w nowej rzeczywistości.
Polacy nie cieszą się najlepszą opinią w Norwegii. Dla mieszkańców tego nordyckiego kraju jesteśmy obywatelami drugiej kategorii: widzą w nas głównie pracowników fizycznych, którzy trudnią się zajęciami, których nigdy nie tknie żaden szanujący się Norweg. No i mają nas za alkoholików i krętaczy. Czytając książkę Przemka Saracena, który opisuje swoje doświadczenia, utwierdzam się w przekonaniu i nie dziwię się, że tak o nas myślą. Nasi rodacy piją w trakcie pracy albo robią przekręt za przekrętem. Szkoda, że te niechlubne przykłady rezonują potem na opinię o całym narodzie.
Książka „Dzikie historie: Norwegia” to błyskotliwa, pełna punktów zwrotnych opowieść Polaka szukającego swojego miejsca w krainie Wikingów. To zabawna, autoironiczna, pełna trafnych obserwacji i refleksji lektura. Napisana potocznym i dosadnym językiem, doprawiona odrobiną czarnego humoru i reportażową rzetelnością sprawia, że ciężko się od niej oderwać. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto chce się pośmiać, ale także ma ochotę na chwilę autorefleksji.
Klaudia Kwiatkowska
Przemysław Saracen, „Dzikie historie: Norwegia”, Wydawnictwo Srebrny Kompas, 2025.