W literaturze południowoamerykańskiej jest pewna magia, której nie da się podrobić. Moja miłość do książek z tamtej części świata zaczęła się od „Stu lat samotności”, a później poznałam twórczość Isabel Allende. Przed laty zakochałam się w „Domu dusz”, więc teraz z przyjemnością sięgnęłam po „Evę Lunę”.
Tytułową bohaterkę poznajemy jako dziecko, w trudnym dla niej momencie – gdy umiera jej matka. Kobieta pracowała w pewnej bogatej rezydencji jako pomoc domowa i dzieliła z córką mały pokoik. Gdy jej zabrakło, mała Eva straciła swój malutki, bezpieczny świat. Na początku przejęła obowiązki matki, później jednak rozpoczęła się jej słodko-gorzka podróż (choć być może lepszym określeniem byłaby tułaczka) w poszukiwaniu pracy i swojego własnego miejsca na ziemi. Przez nieco ponad trzysta stron towarzyszymy Evie Lunie, trafiając wraz z nią w coraz bardziej przypadkowe miejsca, poznając korowód barwnych i nietuzinkowych postaci, a przede wszystkim przyglądając się jak z małej, wystraszonej i nieco dzikiej dziewczynki, wyrasta na kobietę obdarzoną ciekawym talentem. Bo Eva Luna potrafi opowiadać historie. I robi to tak, że chce jej słuchać każdy. Niczym flecista (czy też szczurołap) z Hameln czaruje ona swoich słuchaczy słowem, zniewala ich w opowiadanych historiach, podnosi na duchu, budując alternatywne światy. Budzi to tym większe, powszechne zdumienie, że Eva Luna pochodzi z niższych warstw społecznych, nie jest wykształcona, brakuje jej obycia, oczytania, doświadczenia. Za to wyobraźni i zmysłu obserwacyjnego ma aż nadto. Ten dar do snucia opowieści wielokrotnie ratuje Evę Lunę i popycha jej życie w nowych kierunkach.
„Eva Luna” to książka magiczna. Nieco baśniowa, trochę nostalgiczna, może też naiwna. Jednak (podobnie jak główna bohaterka) potrafi nas oczarować. Isabel Allende pokazuje, że i ona ma niezwykły talent do tkania opowieści. W całej historii przeplatają się różne perspektywy, różne epizody z życia. Bywa zabawnie, wzruszająco, smutno czy przygnębiająco. Na przestrzeni lat napotykamy wielu bohaterów, którzy towarzyszą Evie Lunie i odciskają swoje piętno na jej życiu. Muszę przyznać, że to bardzo ciekawi bohaterowie. Właściwie z chęcią przeczytałabym osobne książki o niemal każdym z nich.
Często mówi się o książkach dobrze napisanych, że „płynie się” przez ich fabułę. W przypadku tej pozycji tak właśnie jest. To książka, która wyciąga ku nam rękę, by zabrać nas w subtelną, kojącą podróż. I nawet jeśli nie wszystko po drodze układa się po naszej myśli, to jednak niezmiennie wierzymy w naszą bohaterkę i w Isabel Allende, że doprowadzi tę historię do bezpiecznego zakończenia.
Może to będzie zbyt odległe porównanie, jednak podczas lektury nasuwały mi się skojarzenia z baśniami Hansa Christiana Andersena. Eva Luna ma w sobie coś z Dziewczynki z zapałkami, Brzydkiego Kaczątka czy nawet Głupiego Jasia. Ta książka była dla mnie jak powrót do magii opowieści z dzieciństwa opakowanych w znacznie bardziej dorosłą formę.
A skoro już o opakowaniu mowa, jestem zachwycona wydaniem tegorocznego wznowienia tej książki. Okładka fakturą przypomina płótno, żywe barwy (kolorystyka utrzymana w żółci, pomarańczu i czerwieni) i ta twarz... trochę porcelanowa lalka, trochę maska, ale pełna smutku i spokoju.
„Eva Luna” idealnie wpisuje się w trend książek, które sprawdzą się na jesienną lekturę pod kocykiem. Wystarczy dać się zahipnotyzować tą opowieścią.
AP
(biuro@dlalejdis.pl)
Isabel Allende, „Eva Luna”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2025.
Komentarze