Jako osoba zainteresowana II wojną światową śledzę nowości wydawnicze o tej tematyce. Bardzo lubię publikacje pogłębiające wiedzę, przybliżające dotąd nieznane lub rzadko omawiane aspekty, więc „Flota gułagu” z łatwością przyciągnęła mój wzrok.
Jak można przeczytać w opisie wydawcy, w latach 1932-1953 w ZSRR po lodowatych wodach dalekiej Północy pływała flota do „zadań nadzwyczajnych”, która przewoziła robotników przymusowych na Kołymę. W grudniu 1945 r. okręt NKWD „Feliks Dzierżyński” wypłynął z Portland w USA. Autor przeanalizował archiwalia rosyjskie i amerykańskie oraz dokumentację statków, by pokazać nam rolę rządu Stanów Zjednoczonych w całej operacji.
Na wstępie warto zaznaczyć, że książka wydaje się publikacją skierowaną do wąskiego grona odbiorców ze względu na ogrom detali, które interesują głównie osoby zainteresowane wojskowością, militariami oraz Związkiem Sowieckim. Sięgając po tę książkę, trzeba przygotować się na wiele brutalnych szczegółów. Bollinger przedstawił flotę sowiecką w latach 30. i 40. pod względem technicznym (różne parametry), opisał jej działanie w sferze techniczno-organizacyjnej, ale nie pominął także aspektu ludzkiego. Nie spoczął na analizie raportów i danych, ale dokładnie opisał to, co ludzie podczas piekielnych rejsów (po lekturze nie boję się tego określenia) przeżywali bądź... nie przeżywali.
Mimo że autor nie jest zawodowym historykiem, tytułowi nie można zarzucić braku rzetelności. Wręcz przeciwnie. Autor – w końcu analityk US Naval Institute – raz po raz odwołuje się do rozmaitych dokumentów, a bibliografię sporządził porządną i satysfakcjonującą nawet w moim odczuciu (jestem bardzo wyczulona na tym punkcie).
Publikacja jawi się jednak raczej jako pełen emocji reportaż niż typowa publikacja naukowa. Duży wpływ na taki odbiór miał język stojący na wysokim poziomie, nie do końca naukowy, co mogłoby niektórych zmęczyć, ale też nie „mówiony”. Dzięki temu czytanie idzie sprawnie, choć nie mogę napisać, że lekko ze względu na temat.
Podoba mi się wielopłaszczyznowe podejście Bollingera, który nie powielał tego, co o stalinowskiej flocie już napisano, a skupił się na mniej popularnych wątkach, jak chociażby na amerykańskiej produkcji i finansowaniu serwisów statków.
Autor stworzył bardzo wnikliwy przegląd poszczególnych jednostek. Postarał się też odpowiedzieć na pytania, czy na Zachodzie, głównie w USA, wiedziano o tym, w jak morderczy sposób wykorzystywano te jednostki.
Śmiało mogę stwierdzić, że takiej książki polski rynek potrzebował, bo w przystępny sposób przybliża mało znane wydarzenia. Polecam wszystkim zainteresowanym najnowszą historią, a więc II wojną światową oraz okresem tuż po niej.
Kinga Żukowska
Martin J. Bollinger, „Flota gułagu”, Wydawnictwo Replika, 2026.
Komentarze