Zabytkowe pamiątki o nieznanym pochodzeniu, osoby, których tożsamość została wymazana z rodowych kronik, wyjątkowe dary ponadnormalne przekazywane z pokolenia na pokolenie - w niektórych familiach podobne elementy decydują o tożsamości jej członów, tak jak miało to miejsce w przypadku pewnej francuskiej rodziny, na czele której stoi dostojna matrona - pani Konstancja. Do tej wielopokoleniowej rodziny mieszkającej we wspaniałej posiadłości we francuskiej Prowansji przyjeżdża na zaproszenie przyszłej dziedziczki majątku - Elizy - polska fotografka Ewa, której zadaniem jest przygotowanie zdjęć oddających wyjątkowy charakter tego miejsca. Do tej pory pomijana przy rozdziale najciekawszych zleceń dostaje szansę, która, jak okazuje się z czasem, odmienia nie tylko jej zawodowy los.
Malownicza sceneria, wspaniała, tętniąca życiem posiadłość, a przede wszystkim niezwykła rodzina, której członkowie mówią po polsku, choć z krajem nad Wisłą łączy ich jedynie postać pradziadka, urzekają Ewę tak bardzo, że z postronnego obserwatora patrzącego na rodzinę i otoczenie przez obiektyw aparatu staje się częścią ich świata. Dzięki wyjątkowemu zmysłowi obserwacji i sprawdzającym się przeczuciom, które regularnie nawiedzają ją z tym przepełnionym tajemnicami miejscu, pomaga Aleksowi dojść do wielu zaskakujących wniosków i rozwikłać kilka znaczących tajemnic, do tej pory skrzętnie ukrywanych przez nestorkę rodu. Zresztą, dla samej Konstancji obecność w posiadłości niepozornej pani fotograf okazuje się zbawienna - to właśnie wizje gościa pozwalają jej odkryć prawdę o tym, co naprawdę stało się pewnej zimy w czasie wojny na drodze w pobliżu domu. Co więcej, pobyt we Francji zmienia nie tylko pozycję zawodową głównej bohaterki, ale również pozwala jej spojrzeć z dystansu na swój związek i odkryć nowe powołanie.
Jestem bardzo ciekawa, jak wyglądała pierwotna wersja powieści Anny J. Szepielak. Pozycja, którą dziś znajdziemy w księgarniach pod tytułem "Francuskie zlecenie", jest uzupełnioną i poprawioną wersją powieści sprzed prawie 15 lat. Ta wersja, która trafiła niedawno na rynek, jest wyjątkowo ciepłą, zabawną i po prostu przyjemną powieścią, idealną na leniwe popołudnia i długie podróże. Napisanie sagi rodzinnej, w której nutka tajemnicy dopełnia w odpowiednich proporcjach z przyzwoitą fabułę, wcale nie jest zadaniem łatwym. W przypadku "Francuskiego zlecenia" proporcje między poszczególnymi elementami zostały mniej więcej zachowane, choć momentami rozwiązania są albo zbyt oczywiste, np. od początku wiadomo, z kim zwiąże się Ewa, lub dość mocno skomplikowane, np. motyw bliźniaczek i ich obrazów. Jednak mimo tych niedociągnięć, całość można ocenić pozytywnie.
Odrobina magii i wiara w przesądy czy przeznaczenie w przypadku "Francuskiego zlecenia" nie rażą, a wręcz pasują do wyjątkowego klimatu zamku z południowej Francji. Przypomina to nieco powieści dla nastolatków spod znaku Pana Samochodzika, w których młodzi poszukiwacze tajemnic w wielu inspirujących miejscach szukają odpowiedzi na pytania o to, co wydarzyło się w przeszłości. Opowieść o Ewie i jej przygodzie w Prowansji to taka "babska" wersja powieści przygodowej, okraszonej dozą emocji i humoru, szczególnie w wykonaniu Sophie, która wchodząc do rodziny została zmuszona do nauki polskiego, a jej potyczki z językiem są wyjątkowo urocze. Zresztą, polszczyzna w wydaniu Gerarde również zwraca uwagę.
"Francuskie zlecenie" to przyjemna powieść o szukaniu, odkrywaniu i znajdywaniu, którą warto zainspirować się do poszukiwania odpowiedzi na pytania o przeszłość własnej rodziny. Być może w Waszych domach są pamiątki, których pochodzenie jest nie do końca jasne...
M.A.G.
(mag@dlalejdis.pl)
Anna J. Szepielak, "Francuskie zlecenie", Warszawa, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2016
Komentarze