Chyba każdy z nas ma takie miejsce, do którego chciałby się kiedyś udać. Czasem chce tylko to miejsce odwiedzić, czasem chce tam zamieszkać. Zwykle są to miejsca dość odległe: w końcu bohaterka tej książki marzy o Stanach Zjednoczonych, a dokładniej o jednym z jego kolorowych miast. Ktoś inny marzy o jakiejś podróży, może nawet do Europy. A co by było, gdyby kilkoro Amerykanów przenieść na chwilę na polską prowincję?
Pomysł szalony? Zapewne tak, nawet gdyby chodziło o jakiś zaplanowany wyjazd, a ten przesunie się w czasie, zmuszając wszystkich do nagłej zmiany planów. Wszystko dlatego, że autorka umiejętnie łączy realia w Polsce z realiami wymarzonej przez wielu Kalifornii, w której mieszka Rob. Kim jest? To młody producent, pracujący w mediach, jednak poszukujący jakiejś pracy, która będzie mu przynosić satysfakcję. Życie prywatne? Czasem jakaś impreza z dwoma kolegami ze studiów. Do tego dochodzą rodzice, którzy nie potrafią się już chyba dogadać.
Polska? Jaka Polska? Dlaczego? Tu warto wspomnieć, że jest też Marta, zdolna doktor, trochę idealistka, która dzięki nowym protezom i sprzętowi, który testuje, chce poprawić komfort życia osób z niepełnosprawnościami czy po amputacjach. Marta pracuje w amerykańskiej firmie w Kalifornii, a jej narzeczony Michael to, jak łatwo się domyślić, kolega Roba ze studiów.
O ile początkowo akcja nieco sennie przeskakuje między nieco zblazowanymi Amerykanami a polskim małym miastem i jego problemami, to jednocześnie mocno przyspiesza, gdy dziadek Marty trafia do szpitala. Miał być kiedyś ślub? Będzie, ale już, i nie w Stanach, a w Polsce, aby dziadek mógł na nim być. I w ten oto sposób kilkoro Amerykanów, którzy zasadniczo nie wyściubiali nosa poza swój kraj, a swoje wyprawy ograniczali czasem do pobliskiego stanu, przyjadą do Polski. I o ile w Krakowie mogą sobie jakoś radzić, o tyle w niewielkim miasteczku niedaleko jagiellońskiej stolicy wszystko się komplikuje. Jest tam też ona, Julia, druhna Marty, romantyczka, a jednocześnie bardzo zdolna artystka, która mieszka na prowincji i ledwie wiąże koniec z końcem, bo zawsze ważniejsze są sprawy innych.
Dałam się ponieść tej historii z kilku powodów. Tak, Kalifornia działa również na moją wyobraźnię, ale autorka pokazuje, że to w zasadzie miejsce jakich tysiące. Również tu ludzie pracują w różnych zawodach, bywają zmęczeni, kupują mieszkania na kredyt, a czasem wykonują pracę, którą traktują jedynie jako dobrze płatną chałturę. Do tego to magiczne dla wielu miejsce zostało pokazane może trochę stereotypowo, ale jednak z bardziej ludzkiej strony.
Dużo ciekawsza moim zdaniem staje się natomiast część polska. Nawet nie dlatego, że ją mamy w telewizji i możemy ją oglądać na co dzień. Mnie urzekło to, jak bardzo obcokrajowcy, którzy nie znają języka, mogą się tu czuć obco, choć myślę, że w Krakowie jednak znajomość angielskiego można wykorzystać. Niestety, w małym ośrodku miejskim trzeba sobie znaleźć tłumacza.
Można było również obserwować, jak obie strony, polska i amerykańska, usiłowały się jakoś porozumieć, wykorzystując do tego celu język gestów. Oczywiście Amerykanie pozostaną w niektórych sytuacjach Amerykanami, a Polacy będą po polsku narzekać, jednak okaże się, że wszystkich tych ludzi, którzy w dość przypadkowy sposób staną się rodziną, sporo łączy.
Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)
Alicja Manders, „Kalifornijczyk”, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2020.
Komentarze