„Kobieta z pokoju jedenastego” – recenzja

Recenzja książki „Kobieta z pokoju jedenastego”.
Jedna futurospekcja akcji nie czyni.

Recenzowałam już książki Ruth Ware i ta druga („Ta dziewczyna”) wypadła moim zdaniem lepiej niż jej gatunkowy debiut („W ciemnym, mrocznym lesie”). Z tego też powodu, zasiadając do „Kobiety z pokoju jedenastego”, postanowiłam odłożyć na bok obiekcje związane z faktem, iż ta pozycja nie jest standardową, zamkniętą opowieścią, a drugim tomem cyklu.

Nie ukrywam, że nie przepadam za seriami, bo rzadko zżywam się z bohaterami na tyle, aby chcieć do nich wracać. W przypadku kontynuacji nie chcę ryzykować sytuacji, w której zbyt silne powiązanie między książkami będzie uniemożliwiać mi czerpanie pełnej satysfakcji z czytania. Okładkowy zarys „Kobiety z pokoju jedenastego” sugerował, że nie będzie to miało miejsca, poza tym mniej więcej kojarzyłam, o czym była „Kobieta z kabiny dziesiątej”, a od wydarzeń z niej miało minąć aż 10 lat.

Laura „Lo” Blacklock jest już po czterdziestce, mieszka w Nowym Jorku z mężem i dwójką kilkuletnich dzieci. Niegdyś żądna przygód dziennikarka podróżnicza próbuje wrócić na rynek pracy, ale zadanie okazuje się trudniejsze, niż myślała. Nieoczekiwanie dostaje zaproszenie do luksusowego hotelu, który otwiera enigmatyczny bogacz Marcus Leidmann. Laura widzi w weekendowym wyjeździe do Szwajcarii szansę na ekskluzywny wywiad, przypomnienie swojego nazwiska albo przynajmniej odpoczynek, na jaki normalnie nie mogłaby sobie pozwolić, ale dostaje coś zupełnie innego. Spotyka tam bowiem kobietę, która twierdzi, że pozostaje w toksycznym związku z Leidmannem i prosi ją o pomoc w ucieczce.

Problem tkwi w tym, że ta kobieta wcale nie jest kimś nowym, obcym, do kogo Blacklock (i ja jako czytelniczka) może momentalnie zapałać sympatią i współczuciem, a potem stopniowo rozwijać tę relację. Nie, Lo i Carrie (oraz trójka innych niewiele wnoszących bohaterów, którzy najwyraźniej mają tylko pokazać, że Lo podoba się nie tylko mężowi) znają się z czasów „Kobiety z kabiny dziesiątej”. Z dawkowanych przez Lo informacji da się wyciągnąć wniosek, że Carrie wzbudza w niej skrajne i niewspółgrające ze sobą uczucia. Autorka wielokrotnie sugeruje, że to ona jest odpowiedzialna zarówno za traumatyczne uwięzienie, jak i uratowanie Laury, ale nigdy tego szerzej nie rozwija. Pogłębia tym samym moją konsternację i poczucie bycia kimś, kto wszedł do gwarnego pokoju i nagle wszyscy ucichli.

Niemniej, dostajemy zdawkowe sygnały, że w którymś momencie dojdzie do morderstwa Marcusa. Na to jednak musimy czekać aż do połowy książki, która wcześniej ma imitować thriller – niestety bardzo senny i pozbawiony napięcia. Za dużo czasu spędzamy w domowych pieleszach, na rozmowach o uszkodzonych kostkach i opisach rzeczy, które można byłoby spokojnie pominąć. Za mało jest tutaj dynamizmu i akcji. Cały czas siedzimy w głowie Laury, a ta książka aż prosi się o dwie narratorki. Zwykle ostatnie sto stron kartkuję w ekspresowym tempie, tutaj z racji objętości musiałam zrobić przerwę i niespecjalnie chciało mi się wracać do lektury. Gdy już to zrobiłam, moja cierpliwość osiągnęła swe granice i czytałam tylko dialogi.

Podsumowując, z trzech czytanych przeze mnie pozycji Ruth Ware ta jest zdecydowanie najsłabsza i najbardziej naciągana. Nie sądzę, aby moje odczucia były inne, gdybym przeczytała „Kobietę z kabiny dziesiątej”, bo naprawdę nic się tutaj nie klei. Czasem po prostu lepiej pozostawić dalsze losy postaci domysłom odbiorcy, niż na siłę dopisywać finał ich historii.

Izabela Fidut

Ruth Ware, „Kobieta z pokoju jedenastego”, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań, 2026.




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat