Choć nie czytałam „Brooklynu”, poprzedniej powieści Colma Tóibína, która wprowadziła postać Eilis Lacey, wcale nie przeszkodziło mi to w lekturze „Long Island”. Nie znając jej wcześniejszej historii i tak można poczuć, jak wiele ciężaru emocjonalnego kryje się w jej milczeniu i zawieszeniu między dwoma światami – starym i nowym, przeszłym i teraźniejszym.
Tóibín nie potrzebuje dramatycznych zwrotów akcji, by zbudować napięcie. Wystarczy jedno, pozornie zwyczajne wydarzenie – wizyta nieznajomego u drzwi domu Eilis – by uruchomić lawinę emocji i pytań o to, kim jesteśmy, gdy wszystko, co znamy, nagle pęka. Pisarz operuje słowem z niezwykłą oszczędnością, a jednocześnie każde zdanie niesie ogromny ładunek emocjonalny. Ta powściągliwość stylu sprawia, że „Long Island” wciąga nie przez tempo akcji, ale przez głębię psychologiczną i atmosferę nieustannego napięcia.
Podoba mi się, że Tóibín pokazuje świat Eilis z różnych perspektyw – nie tylko jej własnej, ale też otaczających ją ludzi. Dzięki temu powieść nabiera wielowymiarowości, a czytelnik może dostrzec, jak cienka bywa granica między lojalnością a egoizmem, miłością a obowiązkiem. W relacjach rodzinnych, szczególnie między kobietami, autor pokazuje, że ciche dramaty codzienności potrafią być bardziej przejmujące niż największe tragedie.
Zakończenie nie daje pełnej satysfakcji w sensie klasycznego domknięcia. Zamiast jednoznacznych odpowiedzi pozostaje uczucie zawieszenia i refleksja – czy w ogóle można wrócić do przeszłości, by zacząć od nowa? Choć nie poznałam wcześniejszych losów Eilis, czułam, że to historia o kobiecie, która znów musi dokonać trudnego wyboru – i że te wybory są uniwersalne, niezależne od czasu czy miejsca.
„Long Island” to powieść dla tych, którzy cenią literaturę skupioną na emocjach, relacjach i niuansach ludzkiego zachowania. To książka, w której więcej jest ciszy niż krzyku, ale właśnie w tej ciszy kryje się ogromna siła.
Dominika Poroszewska
Colm Tóibín, „Long Island”, Wydawnictwo Rebis, 2025.