„Moje wielkie greckie morderstwo” – recenzja

Recenzja książki „Moje wielkie greckie morderstwo”.
„Może kupić niemal każdą rzecz na świecie, a jeśli nie, to może ją ukraść. Natomiast zemsta to coś, czego nie kupuje się w zwykłym sklepie z… zemstami.”

Podobno książki nie powinno się oceniać po okładce, ale w zasadzie czemu nie? W końcu to doskonały wabik na czytelnika i gdyby naprawdę nikt nie zwracał uwagi na aspekt wizualny, nie byłoby takiego popytu na te wszystkie wyskakujące niczym grzyby po deszczu edycje limitowane. To również efekt pracy grafika, więc zawsze, gdy okładka szczególnie cieszy oko, nie waham się o niej wspomnieć i tym razem pochwała należy się Agnieszce Kielak odpowiedzialnej za projekt oprawy „Mojego wielkiego greckiego morderstwa” Tomasza Duszyńskiego.

Tytuł stanowi nawiązanie do filmu „Moje wielkie greckie wesele” z 2002 roku, który, jak się okazuje, miał jeszcze część drugą i całkiem niedawno, bo w zeszłym roku, trzecią. Poza grą słowną powiązanie polega na tym, że tu i tu odbywa się wesele, a ½ pary młodej nie ma greckich korzeni. Katarzyna Masłowska wychodzi za mąż za Greka i zaprasza do wspólnego świętowania grupę znajomych Polaków, którzy już w samolocie rodzimych linii lotniczych nawiązują nić sym- i antypatii. Krótko po przyjeździe do hotelu dochodzi do morderstwa, w które nasi bohaterowie chcąc, nie chcąc, zostają wplątani.

Tomasz Duszyński postanowił uczynić protagonistą… samego siebie. W zestawie dostaliśmy również jego żonę Monikę i córkę Blankę - w książce imiona padają może kilka razy, przez większość czasu nazywane są Panią Żoną i Panną Córką. Jak dowiadujemy się w posłowiu, inspiracją do recenzowanej dziś powieści były prawdziwe wydarzenia z rodzinnych podróży, które pisarz ubarwił, dorzucając trupy. Celem nie było jednak zmrożenie krwi odbiorcy, ale „poprawienie Czytelnikom humoru”, mamy bowiem do czynienia z komedią kryminalną. Czy się udało?

Po części tak, chociaż im dalej w las, tym bardziej wyraźnie widać, jak bardzo ograniczony jest repertuar prezentowanych żartów. Ktoś się przewraca; żona z córką docinają Tomaszowi (ten oczywiście odgryźć się nie może, bo foch); rubaszny Ziętek rzuca sprośne uwagi, ewentualnie popisuje się brakiem erudycji (co ciekawe, w jednej sekundzie nie zna angielskiego, ale zaraz nazywa kogoś stalkerem); kilkuletni dzieciak robi coś głupiego/obrzydliwego; napalona Renatka jest napalona; detektyw ma wielkie stopy; a Tomasz kombinuje, jak pozbyć się adoratora córki. Być może mniej by mnie ta powtarzalność raziła, gdyby wątek kryminalny był bardziej wciągający albo tekst był zwyczajnie krótszy. W pewnym momencie sam autor się gubi w postaciach i zamiast Ziętkowej wkłada słowa w usta Rowińskiej.

Niemniej, klimat „Mojego wielkiego greckiego morderstwa” jest zdecydowanie wakacyjny. Jest lekko i niezobowiązująco, świeci słońce, powiewa lekki zefir, a sama zagadka nie sprawia, że musimy mocniej zaangażować nasze zwoje mózgowe. Jeśli więc ktoś szuka czegoś, co sprawdzi się jako lektura plażowa/leżakowa, to ta pozycja będzie jak znalazł.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Tomasz Duszyński, „Moje wielkie greckie morderstwo”, Wydawnictwo Skarpa Warszawska, Warszawa, 2024r.




Społeczność

Newsletter

Reklama



 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat