Czy każdy serial, saga czy w końcu opowieść powinna mieć swój koniec? Czy kolejne części nie są tylko pustym przedłużeniem przygód naszych ulubionych bohaterów? Dużo pytań można zadawać bez końca po kolejnej lekturze niesamowitej serii. „Moloch” Marka Krajewskiego daje jednak poczucie, że niektóre opowieści powinny trwać w najlepsze.
Po raz kolejny dostajemy mocne uderzenie, oparte na twardej i niejednoznacznej postaci Eberharda Mocka, który w ustach swoich kochanek bywał również „słodkim Ebi”. Również w tej części Eberhard mierzy się z przeszłością i w szpitalu psychiatrycznym przy Kletschkau Strasse spotyka swoją dawną kochankę. Rzecz dzieje się w Breslau, w 1928. Hedwig w niczym nie przypomina kobiety z dawnych erotycznych uniesień. W dodatku oskarża swojego męża o zamordowanie dwójki ich dzieci. Mock po raz kolejny rozpoczyna tajne śledztwo, które prowadzi do prawdy, której nikt nie chce poznać. Tropy wiodą przez przerażające cmentarze, na których nie brakuje hien i prostytutek.
Dzięki licznym retrospekcjom książkę czyta się niezwykle szybko, podążanie za decyzjami detektywa jest niewymuszone, akcja po prostu płynie, a czytelnik z przyjemnością się w nią zagłębia. Klamry kompozycyjne nadają sensu całości. Marek Krajewski spełnił zamierzenie powtarzane w wielu wywiadach :”Mój cel jest jeden, zawsze ten sam: dostarczyć czytelnikowi godziwej rozrywki. Nikogo nie edukować, nie nawiązywać do współczesności. Nie chciałbym, żeby moje powieści były przypisywane do jakiejś debaty politycznej. Jestem zwykłym rzemieślnikiem literackim, autorem kryminałów – do tego chciałbym się ograniczyć.” Dobrą cechą jest to, że „Moloch” można czytać bez szkody dla pozostałych części. Oczywiście jest wiele nawiązań, ale uważam, że książkę można przeczytać jako osobną pozycję.
Dodatkowo konwencja czarnego kryminału ciągle zaskakuje. O ile dążenie innych bohaterów do sprawiedliwości jest oczywiste, o tyle Eberhard nie zawsze ma czyste intencje. A może to tylko, jak sam siebie określa, po prostu „pies gończy”? I nie ma tu nic głębszego. Pomimo wielu wad trudno skreślić naszego detektywa z listy fascynujących postaci. Kolorytu książce dodają cechy typowego kryminału retro, dokładne odtworzenie realiów bliskiej, ale jednak dla nas zapomnianej historii topografii miasta.
Makabry dodaje fakt, że większość morderstw jest powiązana z sektami, tajemnymi bractwami. Mock nieustannie obraca się wśród prostytutek, alkoholików, krótko mówiąc wśród ludzi upadłych. Próbuje jednak w tym wszystkim otrząsnąć się z zapachu stęchlizny i śmietnika oraz znaleźć w tym wszystkich jakiś sens. Marek Krajewski nie urzeka nas opisami pięknych poranków, ale makabrycznych zbrodni. Tego oczekiwałam i po raz kolejny nie zawiodłam się. To kolejna część niesamowitej i strasznej serii w wydaniu mistrzowskim. Polecam.
Sylwia Wasin
(sylwia.wasin@dlalejdis.pl)
M. Krajewski, „Moloch”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020.
Komentarze