Dzisiejsza aura za oknem przypomina bardziej jesień, ale kalendarz nie kłamie i mamy trzeci tydzień lata. Kiedy temperatury rosną, moje oczekiwania względem kryminałów ulegają lekkiej zmianie. Stawiam albo na chłodzącą, chociaż mentalnie zasypaną śniegiem, intrygę albo coś lżejszego, osadzonego w typowo wakacyjnym klimacie.
„Morderstwo nad jeziorem Garda” Toma Hindle’a zalicza się do tego drugiego typu i przenosi nas nad tytułowe włoskie jezioro. Jest to prawdziwa lokalizacja, a, jak dowiadujemy się z podziękowań, pomysł na jej wybór zagnieździł się w umyśle autora w 2022 roku, kiedy wraz z przyszłą żoną stał się przypadkowym świadkiem wesela na zamku Scalgerich w Malcesine.
W rzeczywistości budowla leży na przylądku, ale, dla dodania dramaturgii, fikcyjna zostaje przeniesiona na wyspę, na której gromadzą się goście zaproszeni na wystawny ślub i wesele Laurence’a Heywooda i Evy Bianchi. Gdy wszystko jest już dopięte na ostatni guzik i czekamy już tylko na rozpoczęcie ceremonii, okazuje się, że panna młoda zniknęła. Nerwowe poszukiwania nie trwają długo – Eva zostaje znaleziona martwa ze sztyletem wbitym w serce. Który z gości był do tego zdolny i to w dniu, który miał być najszczęśliwszym w życiu denatki?
Z racji, iż na wyspę dostać się można tylko drogą wodną, wszyscy, wliczając sprawcę, zostają odcięci od świata, co już na wejściu potęguje nerwowość postaci. Z pewnych względów policja dociera na wyspę dopiero na wielki finał, tak więc nie otrzymujemy w ogóle postaci detektywa prowadzącego śledztwo. Zamiast tego mamy kilkoro bardziej zaangażowanych bohaterów, dzięki którym możemy poskładać w całość sekrety Heywoodów, Bianchich, mafiosów i wszystkich pozostałych.
Rozwikłanie zagadki jest banalne, ale nie zabiera to frajdy z obserwowania, jak szybko zebranym puszczają nerwy i zaczynają się wzajemnie oskarżać o dokonanie zbrodni. Mimo iż ich argumenty nie do końca mają sens, jest to wciąż znacznie ciekawszy przebieg wesela niż zwykle. Tom Hindle bawi się tematyką społecznościowych influencerów, bogaczy, którym wszystko wolno, a także chronologią. Akcja rozgrywa się w ciągu zaledwie trzech dni i rozpoczyna od dramatycznej futurospekcji. Następne cofamy się dwa dni wstecz do momentu przyjazdu do letniej rezydencji Heywoodów, a w dniu ślubu rozdziały są dodatkowo wyszczególnione godzinowo. Można się więc poczuć tak, jakbyśmy śledzili rozwój sytuacji w czasie rzeczywistym.
W intrygę zamieszany jest również pewien artefakt z przeszłości, co wraz z opisami średniowiecznego budownictwa dodaje sprawie parahistorycznego kolorytu. Sporo miejsca poświęcono relacjom między bohaterami, dzięki czemu otrzymujemy coś więcej niż typowe „kto to zrobił i dlaczego”. Tekst czyta się szybko i płynnie z jednym potknięciem – jedna z postaci stwierdza „Eva uważa, że nie dowożę”. Zapewne chodziło tu o angielskie słowo deliver, czyli w tym przypadku wywiązywanie się z umowy, nie fizyczny transport.
Podsumowując, „Morderstwo nad jeziorem Garda” jest pozycją w sam raz dla fanów lekkich, wakacyjnych kryminałów z pięknymi krajobrazami, słoneczną aurą i satysfakcjonującą porcją rozrywki. Na pochwałę zasługuje również cudowna okładka w stylu retro.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
„Morderstwo nad jeziorem Garda”, Tom Hindle, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, 2025.