Nazwisko Freidy McFadden kojarzyłam już wcześniej, ale dopiero teraz miałam możliwość zapoznać się z jej twórczością dzięki „Nie kłam”. Była to miła niespodzianka, a nawet kilka, ale zacznijmy od początku.
Główni bohaterowie książki Tricia i Ethan niedawno wzięli ślub, a teraz szukają dla siebie nowego lokum, ponieważ mieszkanie na Manhattanie przestaje im wystarczać. Pewnego dnia wybierają się obejrzeć dom idealny dla kogoś, komu zależy na prywatności. Nieruchomość położona jest bowiem na zupełnym odludziu. Ta zaleta momentalnie zamienia się w wadę, gdy obfite opady śniegu czynią z nich zakładników posiadłości, która, jak wkrótce odkrywają, należała do zaginionej przed czterema laty doktor psychiatrii Adrienne Hale. Szukając lektury dla zabicia czasu, Tricia otrzymuje więcej, niż chciała, gdy natrafia na ukryty za biblioteczką pokój wypełniony kasetami z nagraniami z sesji terapeutycznych. Czy uda się jej rozwikłać zagadkę zniknięcia dr Hale?
Fabuła powieści toczy się dwutorowo. Mamy dwie narratorki Tricię i Adrienne oraz wspomniane wyżej transkrypcje nagrań, które łączą ze sobą przeszłość i teraźniejszość. W książce jest absurdalnie mało postaci, tak więc cały czas nasza uwaga kierowana jest, w zdawałoby się jasnym, określonym kierunku i przyznaję, że do pewnego momentu dałam się zwieść autorce, myśląc „to już naprawdę wszystko?”. Na moje „usprawiedliwienie” muszę napisać, że wielokrotnie trafiałam na kryminały, w których zwroty akcji można było przewidzieć z bolesnym wręcz wyprzedzeniem. Co więcej, przeciągające się dojście do punktu, w którym postaci wiedzą to, co my, może denerwować i w większości przypadków tak się właśnie dzieje.
Tutaj sytuacja jest bardziej skomplikowana i wątki łączą się ze sobą w całość, w gorszy dzień pewnie napisałabym nawet, że aż za bardzo. Niemniej, styl jest prosty i pozbawiony zbędnych zapychaczy. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, nawet, jeśli nie jest to poziom emocji mrożący krew w żyłach, ale na pewno zapewniający intrygującą porcję rozrywki. Ciągłe zmiany narratorki dodają treści dynamizmu, a zimowy klimat przemawia, nawet jeśli za oknem jest 25 stopni – nie obraziłabym się, gdyby więcej wydawców podrzucało coś ze śnieżycą w tle na nadchodzące letnie miesiące. Wisienką na torcie jest sielankowy happy end, którego się zupełnie nie spodziewałam, a który sam w sobie podniósł ogólną ocenę.
Podsumowując, z „Nie kłam” spędziłam kilka szybko upływających godzin i myślę, że jest to lektura uniwersalna. Można ją zabrać zarówno na wakacje, gdy będziemy potrzebować odpoczynku od upałów, jak i przeznaczyć na późniejszą, bardziej spójną z tą fikcyjną, jesienno-zimową aurę.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Freida McFadden, „Nie kłam”, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań, 2025.