Do takiego wniosku doszłam po przeczytaniu „Oddziału D”, który okazał się najlepszą powieścią Freidy McFadden, jaką miałam okazję recenzować. Zeszłoroczne „Nie kłam” było dobre, ale już czytaną na początku roku „Pomoc domową” uznałam za wpadkę i wciąż nie mam pojęcia, jakim cudem stała się bestsellerem. Od tego czasu zmęczona plotkami McFadden wyszła z cienia, ujawniając swoją prawdziwą tożsamość i twarz (szkoda, że na okładce wciąż jest to dziwne zdjęcie w peruce), a ja miałam chwilę, żeby zatrzeć w pamięci niemiłe wrażenia na tyle, aby dać jej kolejną szansę.
Akcja „Oddziału D” dzieje się na szpitalnym oddziale psychiatrycznym, co już samo w sobie stanowi mocny punkt wyjścia. Chyba każdy, kto miał wątpliwą przyjemność spędzić w murach kliniki co najmniej kilka dni/nocy, wie, jak nieprzyjemne jest to doświadczenie i jak trudno w takich klaustrofobicznych warunkach o dobry sen i samopoczucie. W przypadku psychiatrii trzeba dodać do tego fakt, iż przebywamy w otoczeniu osób, które w jednej chwili mogą wydawać się spokojne, ale w każdej chwili sytuacja może się diametralnie zmienić. To non stop utrzymywane i umiejętnie podkręcane napięcie sprawia, że bez cienia przesady można określić tytułowy oddział D pełnoprawnym, głównym bohaterem.
Śledzimy go z perspektywy Amy Brenner, studentki medycyny, która ma własne powody, aby bać się nocnej zmiany, do której została przydzielona. Historia posiada dwie płaszczyzny czasowe: „teraz” (z wyszczególnieniem upływających godzin) i „osiem lat temu”, kiedy Amy wciąż była nastolatką i jej największą zmorą powinny być buzujące hormony i nadchodzący test z matmy. Sprawa była jednak bardziej skomplikowana, ponieważ jej relacja z ówczesną najlepszą przyjaciółką przybierała coraz mroczniejszy kształt.
Styl jest prosty i pozbawiony zbędnych opisów, a przetykanie teraźniejszości z wyjaśniającą ją przeszłością dodaje całości dynamizmu. Myślę, że książka jest tak dobrze napisana, ponieważ mówimy o realiach, z jakimi autorka jako neurolog prawdopodobnie sama miała do czynienia. Oczywiście pomijając rozlew krwi i skalę skrajnych emocji, z jaką przychodzi się zmierzyć Amy. W odróżnieniu od wielu pozycji z dreszczykiem tutaj w zasadzie nie ma sytuacji, w których wiemy więcej niż główna postać, bo to ona nam o tym wszystkim opowiada i to jej poczytalność możemy z czasem zacząć podważać. Granice między tym, co prawdziwe i wyobrażone są celowo rozmyte i również tym razem zakończenie podniosło ogólną ocenę.
Podsumowując, „Oddział D” przywrócił mi wiarę w Freidę McFadden. Wartka akcja i duszny, klaustrofobiczny klimat zamknięcia sprawiają, że tej książki po prostu nie da się odłożyć i nie przeczytać w jeden wieczór. Wyraźnie widać, że pisarka zdecydowanie lepiej radzi sobie z historiami zamkniętymi w jednym tomie niż seriami.
Izabela Fidut
„Oddział D”, Freida McFadden, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań, 2026.
Komentarze