Znacie ten moment, gdy po schwytaniu protagonisty złoczyńca postanawia krok po kroku wyjaśnić motywację swych działań, a wy zdajecie sobie sprawę z tego, jak bardzo jest to wszystko pozbawione sensu? Z takim poziomem geniuszu mamy do czynienia w końcówce „Pięknej brzydoty” Alice Feeney, ale może nie wyprzedzajmy faktów i zacznijmy od początku, bo ten zapowiadał się obiecująco.
Akcja rozpoczyna się w najlepszym i zarazem najgorszym dniu w życiu pisarza Grady’ego Greena. Najpierw dowiaduje się, że jego najnowsza powieść doczekała się statusu bestsellera „New York Timesa” (swoją drogą, chyba obecnie ciężko jest znaleźć kogoś, kto nie może się poszczycić tym osiągnięciem, bo wzmianki o tym widuję na prawie każdej okładce), a chwilę później rozmawia przez telefon z żoną Abby, która dostrzega kogoś leżącego na jezdni, wysiada z samochodu i… znika bez śladu. Rok później Grady jest cieniem człowieka. Nie śpi, nie pisze i ledwo wiąże koniec z końcem, pomieszkując z resztką dobytku w podrzędnych motelach. Kiedy więc jego agentka wysyła go na szkocką wyspę, aby w położonej na odludziu chatce odnalazł uśpione podkłady weny, wydaje się, że w końcu widzi światełko w tunelu. Porzucenie przeszłości okazuje się jednak niemożliwe, bo już w trakcie podróży promem Grady dostrzega kogoś, kto wygląda jak jego zaginiona małżonka.
Jeśli miałabym użyć tylko jednego słowa do określenia tej książki, postawiłabym na „frustrująca”. Większość czasu spędzamy w głowie Grady’ego, a biorąc pod uwagę jego sytuację, trudno uznać go za w pełni wiarygodnego narratora. Nieliczne rozdziały z perspektywy Abby nie wnoszą tyle, ile powinny, bo autorka uznała, że lepiej wodzić nas za nos tak długo, jak tylko się da. Ogólnie rzecz biorąc, psychologia postaci nie jest rozbudowana na tyle, aby można je było podsumować więcej niż jednym zdaniem. Smętne tempo podkreślają liczne opisy przyrody nie tyle budujące klimat, ile jedynie zapychające kolejne akapity.
Naprawdę byłam zaskoczona, jak wolno idzie mi czytanie tej niepozornej, bo zaledwie 360-stronicowej pozycji i jak bardzo zyskałaby ona na jakości, gdyby Alice Feeney zdecydowała się na coś prostszego i mniej odrealnionego. Z niby ekscytujących zwrotów akcji najbardziej komicznym jest ten z oczami we mgle, które okazują się należeć do… stada owiec. Za dużo jest tutaj dziwactw i gmatwanych historii z przeszłości, aby ta historia miała szansę się obronić przynajmniej do czasu ostatecznego rozwikłania zagadki. A to jest po prostu absurdalne, bo z jednej strony jest to feminizm w siermiężnym wydaniu, a z drugiej zawoalowana mizoginia, bo jednak to właśnie mężczyźni finansowali ten cały grajdołek.
W ostatecznym rozrachunku „Piękna brzydota” Alice Feeney miała więcej ambicji niż sensu i pozostawiła mnie jedynie z wrażeniem zmarnowanego czasu.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Alice Feeney, „Piękna brzydota”, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań, 2025.
Komentarze