Ciężko jest znaleźć książkę o tematyce bożonarodzeniowej, która już z okładki nie będzie straszyła naciąganym romansem za dychę. „Pierwsza taka Gwiazdka” kusiła z niej lukrowanym domkiem z piernika, a zarys zapowiadał opowieść o damskiej wersji Grincha zmuszonej do udziału w obozie świątecznym pozwalającym uczestnikom w tydzień odkryć (na nowo) ducha świąt. Co więc miałaby na nim robić Haley, która co roku unika ich obchodzenia, wyjeżdżając z rodzicami na Karaiby, aby przy okazji spotkać się z klientem? Oczywiście, szukać inspiracji do walki o kolejnego. Jeśli uda się jej pozyskać do swego portfolio producenta zabawek, dostanie awans na partnera firmy. Kobieta zaciska więc zęby, pakuje walizkę i wyrusza do Holly Peak Inn, znajdując w urokliwym zajeździe znacznie więcej niż zamierzała.
Od dawna, a przynajmniej od 1843 roku, wiadomo, że każdy Scrooge prędzej czy później zmieni swoje nastawienie. Patent ten od lat jest wykorzystywany w mniej lub bardziej oczywistych, uwspółcześnionych adaptacjach „Opowieści wigilijnej”. Wątpliwości nie rodzi więc fakt dotarcia do punktu B, ale to, na ile przekonująca jest droga między punktem A i B. Niestety, zdaniem wielu wystarczy, że postać niepałająca miłością do świąt zarazi się nią od swego obiektu westchnień i tak w zasadzie jest w przypadku pierwowzoru książki, czyli Hallmarkowego filmu pt. ”Christmas Camp”, do którego Karen Schaler napisała scenariusz w 2018 roku.
W przyjemniejszej w odbiorze, bardziej rozwiniętej fabularnie i nieco zmieniającej niektóre elementy książce wątek miłosny również jest obecny (ach, te co i rusz przelatujące iskry i wychodzące znienacka na jaw podobieństwa), to jednak sama historia broni się niemalże wylewającym się ze stron i udzielającym czytelnikowi klimatem oraz rodzącymi się między uczestnikami obozu więzami (para)rodzinnymi. Obóz świąteczny to nie tylko Haley, której na plus można zaliczyć, że nie jest osobą, która stereotypowo kocha pracę, bo tak; jest w tym głębszy sens, którego nie będę tutaj zdradzać. To też cierpiący po stracie żony właściciel ośrodka, jego zatroskany syn, matkująca wszystkim kucharka, docierający się nowożeńcy, rozwodnik z dwójką kapryśnych nastolatków i matka żołnierza przerażona wizją samotnych świąt. Problemów, ale i radości z pewnością więc nie zabraknie.
Zwykle najpierw jest książka, potem film, a następnie wszyscy zgodnie stwierdzają, że książka lepsza. W przypadku „Pierwszej takiej gwiazdki” kolejność była odwrotna, ale wniosek pozostaje ten sam. Ja film obejrzałam dzień po lekturze i byłam naprawdę rozczarowana. Zamiast drewnianej chatki dostajemy cały tartak aktorstwa w mało atrakcyjnym otoczeniu oraz lawinę sztucznych i zdawałoby się poszatkowanych scen, aby tylko zmieścić się w 80 minutach. Powieść nie posiada takich ograniczeń, dzięki czemu wypada bardziej wiarygodnie i po prostu lepiej. Prawdę mówiąc, byłam zaskoczona, że pod tak złą produkcją kryła się idea, która tak sympatycznie wypadła na papierze.
„Pierwsza taka Gwiazdka” to ciepła i pokrzepiająca świąteczna historia, której można wybaczyć nawet nadużywanie zwrotu o „ogromniejących oczach”. Jeśli miałabym ją komuś odradzić, to chyba osobom na diecie, bo po przeczytaniu opisów słodkości i dołączonych do książki przepisów, raczej każda pójdzie w zapomnienie.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Karen Schaler, „Pierwsza taka Gwiazdka”, Kraków, Wydawnictwo Między Słowami, 2020 r.
Komentarze