„Płonące tajemnice” – recenzja

Recenzja książki „Płonące tajemnice”.
Ogień potrafi strawić najstraszniejsze tajemnice, które chcemy ukryć. Jego płomienie pochłaniają wspomnienia, osobiste tragedie, ale czy są w stanie pogrzebać je na zawsze?

Hanna Greń od lat stara się udowodnić, że polski kryminał jest  w wyśmienitej formie. Jej książki z reguły są świeże, pozbawione sztampy. „Płonące tajemnice” również wciągają od samego początku, ale niestety wraz z postępem akcji, moje oczekiwania zaczęły się rozmijać z opowieścią snutą przez Greń. Sięgając po tę powieść, spodziewałam się klasycznej fabuły o zbrodni i mozolnym śledztwie. Faktycznie autorka zaserwowała nam taki klasyk, ale dodała do niego nutę obyczajowości. „Płonące tajemnice” to nie tylko kryminał, to opowieść o człowieku, jego lękach, pragnieniach, grzechach, wyrzutach sumienia.

Główną bohaterką książki jest Danuta (nazywana Utą) Wrangler, ceniona architektka, która zmaga się z traumami przeszłości. Zmuszona przez okoliczności wraca w rodzinne strony, gdzie rozegrała się tragedia. Kobieta próbuje rozliczyć się z przeszłością, ale jej echa są ciągle żywe w tym miejscu i w ludziach, a dręczące ją koszmary są jak wyrzut sumienia, który próbuje odnaleźć klucz do prawdy.

To właśnie bohaterowie są największym atutem książki Hanny Greń – wielowymiarowi, niebanalni, często niejednoznaczni moralnie. Przyciągają uwagę, zaskakują. Zdarzają się jednak momenty, gdy na scenę wchodzą postacie nieco słabiej umotywowane – jak blogerka nagle odwiedzająca Utę czy klient architektki, który w dramatycznym geście dzieli się z nią wspomnieniami z dzieciństwa – to jednak nie psuje ogólnego odbioru.

Sama intryga jest zbudowana solidnie, ale sam finał wzbudził we mnie trochę mieszane uczucia. Postać „szefa nad szefami” nie przekonała mnie w stu procentach, natomiast dwaj sprawcy byli naprawdę przerażający, zwłaszcza jeden z nich, zafascynowany przemocą, zbrodnią i przekonany o tym, że nigdy nie zostanie złapany i osądzony. Całość czytało się niezwykle przyjemnie, Hanna Greń pisze prosto, ale nie banalnie. Dialogi są naturalne, często podszyte ironią, drobnymi uszczypliwościami, opisy są plastyczne, nie męczą jednak nadmierną szczegółowością. Cała sceneria sprawia wrażenie klaustrofobicznej, mimo przestrzeni, która otacza naszych bohaterów.

Miło spędziłam czas przy lekturze, polubiłam Utę, która ze stoickim spokojem przyjmowała kolejne wydarzenia. „Płonące tajemnice” to kryminał, który warto przeczytać, ale nie dla spektakularnych pościgów czy twistów fabularnych. To solidna historia, która mimo drobnych potknięć wciąga i sprawia, że trudno oderwać się od lektury. A finał udowadnia, że zło nie zawsze kryje się w ciemnych zaułkach – bywa bliżej, niż myślimy, tuż za sąsiedzkim płotem.

Anna Wasyliszyn
(anna.wasyliszyn@dlalejdis.pl)

Hanna Greń, „Płonące tajemnice”, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat