Świetnie zapowiadający się współcześni bohaterowie, zniszczeni przez romantyczną wizję Ryszarda Botwiny. „Małe wieczności” to książka, która pozornie zapowiada się na szczerą opowieść o gorszej, za to prawdziwej rzeczywistości ludzi, którym się w życiu nie powiodło.
Ania i Henryk to dwie postaci charakterystyczne dla patologii szerzącej się w każdym kraju. On to były górnik, który po likwidacji zakładu pracy, zarabia na życie stróżowaniem i wegetuje w nieszczęśliwym związku. Ona to bezrobotna ćpunka, która na towar dla siebie i swego męża, zarabia ciałem. Ci przegrani ludzie, spotykają się przypadkiem i zakochują szaleńczą miłością. Muszą się jednak zmierzyć z przeszłością Anki, uzależnieniem, a także ludzkim spojrzeniem, które bywa bezlitosne.
Niestety, choć zamysł ciekawy i cel szlachetny, sukces książki zabiły niezwykle infantylne dialogi i zachowania głównych bohaterów. Nierzeczywiste, nieszczere, śmieszne. Trudne do przełknięcia, jako kolejna wizja współczesnego twórcy, miłującego się w czasach Romea i Julii. Odnoszę bowiem nieodparte wrażenie, że autor „Małych wieczności”, z utęsknieniem wspomina czasy szekspirowskie, pełne romantycznych egzaltacji, dramaturgii, trudnych decyzji, nieszczęśliwych miłości i tragicznych zakończeń. Nic w tym złego, dopóki nie wkłada się w usta bohaterów, miłosnych wyznań, całkowicie nieadekwatnych do ich tożsamości. Nie twierdzę, że osoby usunięte na margines społeczny, nie mają prawa do wyrażania swych uczuć słowami poezji, ale czy są one wtedy wiarygodnymi postaciami? Czy były górnik, prosty człowiek, staje się prawdziwy, gdy używa słów takich jak: „zagadka kryje się w redukcji wymiarów czasoprzestrzeni”?
Być może Ryszard Botwina chciał wykreować obraz dwojga prostych i niewykształconych ludzi, tzw. wykolejeńców, których szczęście i bogactwo zawsze omija szerokim łukiem. Mieliby oni wzruszyć nas, rozczulić i sprawić, że moglibyśmy się z nimi utożsamiać. Kibicować ich walce o swoje miejsce w świecie. Niestety, ale uważam, że nie udało się tego osiągnąć. Postacie „Małych wieczności” nie są prawdziwe, a ich zachowania i motywacje, są całkowicie niezrozumiałe.
Błędem było także nastawienie się na szereg scen erotycznych, które niestety nie każdemu przypadną do gustu, a terminologia używana przez Botwinę typu „szparka”, „norka”, czy „szkatułka rozkoszy” są po prostu śmieszne. Pozbawiają sceny miłosne erotyki i stają się ich karykaturą.
„Małe wieczności” to publikacja, która zawiera w sobie wiele ciekawych wątków, z których każdy użyty oddzielnie mógłby okazać się świetnym materiałem na książkę. Niestety, połączone w całość, okazały się mdłe, rozmyte i stały się namiastką dobrej powieści.
Choć zawsze staram się promować polskich autorów, niestety z przykrością muszę uznać „Małe wieczności” za powieść nieciekawą. Dziwi mnie to, bo założenie twórcy, było naprawdę niezłe. W sam raz na miarę czasów i potrzeb współczesnych czytelników. Czasem jednak sam pomysł na powieść nie wystarcza.
Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)
Ryszard Botwina, „Małe wieczności”, Zysk i S-ka, 2011
Komentarze