Karin Smirnoff zabiera nas do Gasskas, gdzie krajobraz jest surowy, a przemoc rozlewa się po miasteczku. Wpadamy w sam środek konfliktu zwolenników zielonej transformacji i przedstawicieli przemysłu kopalnianego. Ale to nie wszystko. Autorka wplata w fabułę również rodzinne sekrety i tajemnice z przeszłości. Bratanica Lisbeth Salander, Svala, wpada w spore tarapaty, a do tego okazuje się, że poszukują ją groźni ludzie. Mikael Blomkvist zmaga się nie tylko z kłopotami zdrowotnymi, ale również wplątuje się w niebezpieczną grę. Gdy Smirnoff działa subtelnie, książkę czyta się z przyjemnością, ale gdy zaczyna wykładać tezy i swoje poglądy, książka staje się publicystyką ukrytą pod płaszczykiem thrillera, a to przeszkadza w odbiorze całości.
Główni bohaterowie serii Millennium stanowią raczej tło dla fabuły i dla mnie jest to trochę rozczarowujące, choć jestem w stanie zrozumieć ten zabieg. Mniej tu dziennikarskiego śledztwa, a więcej lokalnego brudu, układów i przemocy. Rozdziały są krótkie i pozornie powinny podtrzymywać tempo fabuły. Tak się jednak nie dzieje, a nawarstwienie różnych wątków i postaci powoduje chaos i zagubienie czytelnika. Wątki ekologiczne, rodzinne i kryminalne nie spotykają się w kulminacyjnym punkcie, lecz funkcjonują obok siebie, przez co trudno uchwycić główną oś narracji. Są wprawdzie lepsze momenty, które dają nadzieję, ale przy najmniejszym podmuchu wiatru narracyjnej szorstkości gaśnie ona niczym płomień świecy. Svala wyrasta tu na główną bohaterkę kolejnych odsłon „Millennium”, ale nie wiem, czy podoła zadaniu. Brakuje jej jeszcze wewnętrznego konfliktu, który czynił Lisbeth postacią tak magnetyczną i nieprzewidywalną. W „Rysich pazurach” pojawiło się kilka interesujących, nieoczywistych bohaterów, ale ich potencjał pozostał całkowicie niewykorzystany (wątek Rysicy mógł być mocnym akcentem, a niestety przeszedł niezauważenie, nad czym ubolewam).
„Rysie pazury” nie są książką idealną. Brakuje tu lekkości Larssona, wciągającej fabuły, głębi w kreacji bohaterów drugoplanowych. Wyraźnie widać, że Karin Smirnoff pragnie podążać swoją drogą, ale nie do końca wie, gdzie ma ona prowadzić. Kibicuję mocno, bo „Millennium” zasługuje na kontynuację godną pierwowzoru. „Rysie pazury” to książka, która nie spodoba się każdemu, czasami nawet zaboli, ale nie można jej odmówić tytułowego pazura. Czekam na więcej.
Anna Wasyliszyn
Karin Smirnoff, „Rysie pazury”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, 2025.
Komentarze