Zwykle w okolicach końca lata można znaleźć już pierwsze zapowiedzi świątecznych nowości zarówno książkowych, jak i filmowych. Jedni będą narzekać, że to za wcześnie, inni zacierać ręce z radości. Bliżej mi jest do tej drugiej grupy, ale też dokonuję pewnej selekcji i czekam na odpowiedni moment, aby na dobre zanurzyć się w bożonarodzeniowym klimacie.
Pierwszą recenzowaną w tym roku pozycją jest „Świąteczny list” Emily Stone, piszącej pod pseudonimem walijskiej autorki Becky Hunter. Książka ma trójkę głównych bohaterów, ale najwięcej czasu spędzamy z Holly Griffin, dwudziestokilkuletnią nauczycielką sztuki, która w ramach walki z samotnością kolejny już rok pisze tytułowy list do nieznajomego/ej i sama również taki otrzymuje. Na tym jednak historia się nie kończy. Tym razem Holly postanawia odszukać autorkę i złożyć jej niezapowiedzianą wigilijną wizytę, a następnie pomóc pojednać się z wnukiem, który okazuje się mężczyzną przelotnie poznanym przez Holly przed kilku laty.
Jak na powieść teoretycznie świąteczną (o czym za chwilę) jest to historia dość przygnębiająca. Zarówno Holly, jak i Emma nie utrzymują kontaktu z rodzinami, a ich przeszłość, zachodząca na teraźniejszość, naznaczona jest tragedią. Poczucie winy, odrzucone przeprosiny, śmierć, ból i choroby w takiej kumulacji zdecydowanie nie brzmią jak składniki może i przesłodzonego, ale pokrzepiającego scenariusza filmów Hallmarka. Niemniej mamy również obowiązkowy wątek romansowy, który przypomina jazdę kolejką górską, bo bohaterowie ciągle wahają się między rzuceniem na siebie a udawaniem, że wcale nie chcą tego robić.
Warstwa obyczajowa wypada znacznie bardziej ludzko i przekonująco. Być może dlatego też łatwiej mi było wyobrazić sobie Emmę niż pozostałych bohaterów (Gemma Jones byłaby idealną odtwórczynią tej roli, gdyby ktoś kiedyś pokusił się o ekranizację). Prawdę mówiąc, do pewnego momentu liczyłam, że przesłanie będzie stawiać przede wszystkim na podkreślenie, jak ważna jest siła przyjaźni i więzi nawiązywanych z ludźmi, którzy ewentualnie stają się naszą rodziną z wyboru, ale widocznie zakończenie, które nie polega na niemalże pełnym happy endzie, nie wchodziło w grę.
Użyłam sformułowania teoretycznie świąteczną, ponieważ akcja rozpoczyna się tuż przed świętami, ale potem następuje cykl przeskoków czasowych przetykanych retrospekcjami, więc ostatecznie mija pełny rok kalendarzowy. Podliczając łącznie początek i koniec, mówimy o zaledwie 1/3 objętości całej książki. Na dodatek święta w wersji z Wysp Brytyjskich to, nie licząc potwierdzającego regułę wyjątku, mgła i ulewa zmywająca uliczne dekoracje, tak więc ponownie jest to niespecjalnie zachęcająca aura. Poza tym rozumiem, że autorka bardzo chciała dać każdej postaci jakiś bagaż emocjonalny, tyle że sama się w tym pogubiła, sztucznie postarzając jedną z postaci. Ktoś, kto miał 10 lat w momencie wypadku i cztery lata temu obchodził jego piętnastą rocznicę, nie może mieć obecnie 32 lat. Jeśli chodzi o styl, to denerwowały mnie powtarzające się wielokrotnie sformułowania o unoszeniu brwi do linii włosów tak, jakby każdy był po liftingu twarzy.
Podsumowując, moje otwarcie sezonu było dość smutne i nie na tyle klimatyczne, jak chciałabym. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne książki bardziej trafią w mój gust.
Izabela Fidut
Emily Stone, „Świąteczny list”, Wydawnictwo Kobiece, Białystok, 2025.