„Świąteczny list” – recenzja

Recenzja książki „Świąteczny list”.
Świąteczny sezon 2025 czas zacząć.

Zwykle w okolicach końca lata można znaleźć już pierwsze zapowiedzi świątecznych nowości zarówno książkowych, jak i filmowych. Jedni będą narzekać, że to za wcześnie, inni zacierać ręce z radości. Bliżej mi jest do tej drugiej grupy, ale też dokonuję pewnej selekcji i czekam na odpowiedni moment, aby na dobre zanurzyć się w bożonarodzeniowym klimacie.

Pierwszą recenzowaną w tym roku pozycją jest „Świąteczny list” Emily Stone, piszącej pod pseudonimem walijskiej autorki Becky Hunter. Książka ma trójkę głównych bohaterów, ale najwięcej czasu spędzamy z Holly Griffin, dwudziestokilkuletnią nauczycielką sztuki, która w ramach walki z samotnością kolejny już rok pisze tytułowy list do nieznajomego/ej i sama również taki otrzymuje. Na tym jednak historia się nie kończy. Tym razem Holly postanawia odszukać autorkę i złożyć jej niezapowiedzianą wigilijną wizytę, a następnie pomóc pojednać się z wnukiem, który okazuje się mężczyzną przelotnie poznanym przez Holly przed kilku laty.

Jak na powieść teoretycznie świąteczną (o czym za chwilę) jest to historia dość przygnębiająca. Zarówno Holly, jak i Emma nie utrzymują kontaktu z rodzinami, a ich przeszłość, zachodząca na teraźniejszość, naznaczona jest tragedią. Poczucie winy, odrzucone przeprosiny, śmierć, ból i choroby w takiej kumulacji zdecydowanie nie brzmią jak składniki może i przesłodzonego, ale pokrzepiającego scenariusza filmów Hallmarka. Niemniej mamy również obowiązkowy wątek romansowy, który przypomina jazdę kolejką górską, bo bohaterowie ciągle wahają się między rzuceniem na siebie a udawaniem, że wcale nie chcą tego robić.

Warstwa obyczajowa wypada znacznie bardziej ludzko i przekonująco. Być może dlatego też łatwiej mi było wyobrazić sobie Emmę niż pozostałych bohaterów (Gemma Jones byłaby idealną odtwórczynią tej roli, gdyby ktoś kiedyś pokusił się o ekranizację). Prawdę mówiąc, do pewnego momentu liczyłam, że przesłanie będzie stawiać przede wszystkim na podkreślenie, jak ważna jest siła przyjaźni i więzi nawiązywanych z ludźmi, którzy ewentualnie stają się naszą rodziną z wyboru, ale widocznie zakończenie, które nie polega na niemalże pełnym happy endzie, nie wchodziło w grę.

Użyłam sformułowania teoretycznie świąteczną, ponieważ akcja rozpoczyna się tuż przed świętami, ale potem następuje cykl przeskoków czasowych przetykanych retrospekcjami, więc ostatecznie mija pełny rok kalendarzowy. Podliczając łącznie początek i koniec, mówimy o zaledwie 1/3 objętości całej książki. Na dodatek święta w wersji z Wysp Brytyjskich to, nie licząc potwierdzającego regułę wyjątku, mgła i ulewa zmywająca uliczne dekoracje, tak więc ponownie jest to niespecjalnie zachęcająca aura. Poza tym rozumiem, że autorka bardzo chciała dać każdej postaci jakiś bagaż emocjonalny, tyle że sama się w tym pogubiła, sztucznie postarzając jedną z postaci. Ktoś, kto miał 10 lat w momencie wypadku i cztery lata temu obchodził jego piętnastą rocznicę, nie może mieć obecnie 32 lat. Jeśli chodzi o styl, to denerwowały mnie powtarzające się wielokrotnie sformułowania o unoszeniu brwi do linii włosów tak, jakby każdy był po liftingu twarzy.

Podsumowując, moje otwarcie sezonu było dość smutne i nie na tyle klimatyczne, jak chciałabym. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne książki bardziej trafią w mój gust.

Izabela Fidut

Emily Stone, „Świąteczny list”, Wydawnictwo Kobiece, Białystok, 2025.




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat