„Szkoła uczuć” Ilony Łepkowskiej to poruszająca i dojrzała opowieść o ludziach naznaczonych traumą. Wcale nie gonią za marzeniami, oni pogrzebali je lata temu, wybierając ucieczkę i bezpieczne egzystowanie z dnia na dzień, godząc się na wiecznie złamane serce i samotność. Oboje, choć dzielą ich tysiące kilometrów, konsekwentnie dążą do tego, by nie poskładać siebie na nowo. A przecież jeśli coś ma się wydarzyć i dwoje ludzie jest sobie przeznaczonych, to prędzej, czy później ich losy znów się splotą.
I właśnie to niespodziewane spotkanie, którego w żaden sposób nie da się (lub bohaterowie mimo wszystko nie chcą) uniknąć, stanowi główną oś powieści. Choć akcja rozpisana jest na dwie linie czasowe, to w teraźniejszości dwójka czterdziestolatków – Marta i Adam – w wyniku zbiegu okoliczności (a może opieki fortuny zakochanych!) przecina swoje ścieżki po dwudziestu czterech latach rozłąki i celowego milczenia. Zyskują szansę na swoistą spowiedź przed samymi sobą, rozgrzebując wyrzuty sumienia chowane na dnie zalepionych pospieszne serc. A każde z nich, już bez charakterystycznego dla nastolatków zrywu, przyznaje się do tego, dlaczego wybrało rozstanie.
Marta to odnosząca sukcesy bizneswoman i twarda negocjatorka w sektorze bankowym. Jej profesjonalizm to jednak tylko fasada skrywająca samotność – będącą nie tyle wyborem, ile koniecznością. Na co dzień mieszka na Manhattanie, dokąd przeprowadziła się z rodzicami. Odcięła się tam od przeszłości, nawet zmieniła nazwisko i zerwała kontakty ze wszystkimi osobami, które przypominały jej o tym, co zostało jej w Polsce odebrane. To jej mechanizm obronny – wciąż nie opuszcza gardy i odpycha to, co kocha.
Adam, poturbowany przez utracone marzenia, wiedzie życie, jakiego nigdy nie chciał, i do tego w pojedynkę w maleńkim mieszkanku, gdzie jego jedyną odskocznią jest ulubiona kawa. Pogrzebał marzenia o olimpiadzie, medalach i sukcesach sportowych, choć nie do końca z własnej woli. Zamiast biegać maratony, utykając po wypadku, prowadzi lokalną knajpę, w której pierogi ruskie przypominają mu o utraconej miłości, a on sam karmi się tym uczuciem nieszczęścia.
Przymusowy weekend Marty w Warszawie sprawia jednak, że oboje zaczynają kwestionować swoje dotychczasowe, poukładane życia na rzecz tego, co mogliby zbudować wspólnie. Marta rozpoczyna batalię z samą sobą, z nim i o nich, choć nie jest to proste. Adam z kolei, straciwszy dawno wolę walki, próbuje sabotować ich wspólną przyszłość. To jego własna tarcza przed ponownym zranieniem.
Chełmno (miasto miłości, gdzie wszystko się zaczęło), Grudziądz, Warszawa, a nawet Ameryka. Choć pozornie Martę i Adama dzieli wszystko, tak naprawdę przez lata nie dzieliło ich nic poza lękiem przed podjęciem próby, przed daniem sobie jeszcze jednej szansy. Część rozgrywająca się w teraźniejszości pędzi w ekspresowym tempie, w ciągu zaledwie kilku dni, nie dając bohaterom ani sekundy na wytchnienie. Rozdarci między pewnością codziennej i bezpiecznej samotności a rzuceniem wszystkiego, co znają na rzecz poznania siebie na nowo, gotowi są kolejny raz dać za wygraną i pogrzebać miłość. A może zdecydują się zaryzykować? Tylko czy nie jest za późno? Jeśli nie ma się numeru telefonu drugiej osoby, ona usunęła wszystkie media społecznościowe, a obsługa hotelowa skrupulatnie przestrzega RODO?
Ilona Łepkowska mistrzowsko wplata do powieści język potoczny, rezygnując z przesadnego poetyzowania. Daje to prozę niezwykle bliską czytelnikowi. Nie brakuje tu odniesień do współczesności – czterdziestolatkom nie jest przecież obcy wieczór z Netflixem czy sprawdzanie informacji za pomocą sztucznej inteligencji. Choć „Szkoła uczuć” to literatura obyczajowa w najczystszej postaci, a z taką nie mam zbyt wiele do czynienia, to podczas lektury najbardziej uderzyła mnie niezwykła lekkość tej prozy. Autorka dotyka spraw trudnych i bolesnych – pojawia się tu wątek zdrady, tragicznego w skutkach wypadku samochodowego czy niszczącego alkoholizmu. Jednak mimo ciężaru gatunkowego tych problemów, historia niezwykle wciąga i nie przytłacza. Łepkowska tworzy przestrzeń pełną bliskości i zrozumienia dla ludzkich potknięć, dzięki czemu w tę historię po prostu się wsiąka, a bohaterom kibicuje do ostatniej kropki. A może nawet i po tej kropce.
Przeplatające się perspektywy postaci oraz narracja trzecioosobowa w czasie teraźniejszym pozwalają dostrzec te same sytuacje i problemy z dwóch całkowicie odmiennych punktów widzenia. Autorka wspaniale wplotła w tekst również utwory muzyczne, które mają ogromne znaczenie dla wydźwięku całej historii. Słowa piosenek (choćby Kory) dopowiadają to, czego bohaterowie nie potrafią lub boją się na głos wypowiedzieć – robią to zarówno dla siebie, jak i dla nas, czytelników.
„Szkoła uczuć” to nie jest kolejna prosta powieść o drugiej szansie. To głęboka, pełna słodko-gorzkich refleksji historia o dojrzewaniu do prawdy o samym sobie oraz o tym, że na miłość nigdy nie jest za późno. Ilona Łepkowska stworzyła książkę, która wlewa nadzieję w złamane serca, w poturbowane życiorysy. Myślę, że może być wspaniałą, otulającą historią, pomimo ciężaru treści, jaki ze sobą niesie. Idealna propozycja na jesienne, coraz chłodniejsze wieczory. Jeśli tylko uwierzymy w to, że czasami wystarczy opuścić gardę, zrobić ten jeden, drugi i trzeci krok, nie poddając się przy pierwszym potknięciu… mamy szansę na szczęście.
Karolina Janetta
Ilona Łepkowska, „Szkoła uczuć”, Wydawnictwo FLOW, Gdańsk, 2026.
Komentarze