Akcja powieści rozgrywa się na pokładzie statku kolonizacyjnego zmierzającego ku nowemu światu. Misja wydaje się rutynowa – załoga została podzielona na zmiany, które kolejno sprawują nadzór nad przebiegiem lotu. Bohaterowie należą do tytułowej szóstej zmiany. Z początku ich zadania sprowadzają się do wykonywania codziennych obowiązków, jednak z czasem na pokładzie zaczynają dziać się rzeczy, których nie sposób wyjaśnić racjonalnie.
Velmut, główny bohater, zaczyna widzieć rzeczy, które nie powinny istnieć. Atmosfera coraz bardziej gęstnieje, a wraz z nią rośnie poczucie, że coś na tym statku jest nie tak. Czy to jeszcze rzeczywistość, czy już halucynacje? Z każdym rozdziałem odpowiedź staje się coraz mniej oczywista.
Największą zaletą książki jest atmosfera. Autor bardzo umiejętnie wykorzystuje jeden z najstarszych lęków człowieka – strach przed nieznanym. Nie ma tu prostych odpowiedzi ani klasycznych „potworów zza rogu”. Groza rodzi się powoli: najpierw pojawia się niepokój, później dezorientacja, a w końcu wrażenie, że razem z bohaterami tracimy grunt pod nogami. W pewnym momencie czytelnik przestaje zastanawiać się, czy bohaterowie oszaleli. Zaczyna raczej zadawać sobie pytanie: co się tu właściwie dzieje?
Dratwa ciekawie wykorzystuje również motyw izolacji. Statek kosmiczny staje się zamkniętym mikroświatem, w którym nie ma dokąd uciec. Bohaterowie nie mogą wysiąść, nie mogą wezwać pomocy ani oddalić się od źródła zagrożenia. Kosmos okazuje się tu nie przestrzenią wolności, lecz więzieniem bez ścian i granic.
Mocnym punktem powieści jest także pokazanie, jak zmieniają się ludzie w sytuacji zagrożenia. Autor stopniowo odsłania różne oblicza bohaterów, którzy w ekstremalnych warunkach zaczynają reagować w sposób coraz mniej przewidywalny.
Nie oznacza to jednak, że książka jest pozbawiona wad. Największe wątpliwości budzi konstrukcja systemu zmian. Załoga pracuje w miesięcznych cyklach, po czym trafia do kriokomór, a w tym czasie sporządza szczegółowe raporty. Naturalne wydaje się więc, że kolejne zmiany powinny je dokładnie analizować. Tymczasem ma się wrażenie, że przepływ informacji nie działa tak efektywnie, jak powinien. A to z kolei sprawia, że część wydarzeń mogłaby zostać szybciej wyjaśniona, a niektórych zdarzeń można byłoby uniknąć. To fabularne uproszczenie momentami wybija z immersji, zwłaszcza jeśli spojrzeć na historię od strony technicznej.
Nie zmienia to jednak faktu, że autor bardzo dobrze rozumie mechanizmy rządzące horrorem. W „Szóstej zmianie” nie chodzi o walkę z konkretnym przeciwnikiem. Chodzi o stopniowe osuwanie się w niepewność i bezradność wobec czegoś, czego nie da się w pełni pojąć.
To właśnie ten element sprawia, że zakończenie pozostaje spójne z całą historią. Książka nie musi pocieszać. Czasem jej zadaniem jest przypomnieć, jak niewiele znaczymy wobec sił większych od nas samych.
Nie wszystkie elementy tej historii działają idealnie i momentami czuć, że jest to debiut literacki autora. Mimo to Krzysztof Dratwa tworzy motyw, który zostaje w głowie jeszcze długo po lekturze, a to w horrorze i science fiction bywa ważniejsze niż perfekcyjna konstrukcja fabuły. W moim przypadku ten niepokój przybrał dość zaskakującą formę – już chyba nigdy nie spojrzę ze spokojem na kolor żółty.
Dorota Pustelnik
Krzysztof Dratwa, „Szósta zmiana”, Wydawnictwo Novae Res, 2026.
Komentarze