Kiedy wzięłam do rąk kolejną powieść Žambocha, długo wstrzymywałam oddech, po czym odetchnęłam pełną piersią. Byłam świeżo po lekturze „Sierżanta”, który, kolokwialnie mówiąc, tyłka mi nie urwał i szczerze powiedziawszy mocno obawiałam się tego, co znajdę w tej książce. Mój wrodzony optymizm nieco osłabł, kiedy tylko spojrzałam na okładkę książki. Jednak po męczarniach związanych z przebrnięciem przez pierwszy rozdział, radość czytania zamieniła się w koszmar i odliczanie, ile stron zostało mi do końca. „Czemu nie rzucisz tej książki w cholerę i nie zajmiesz się przyjemniejszą lekturą?” – zapytała się koleżanka, zobaczywszy moją cierpiętniczą minę. Nie potrafię tak. Nie wiem czy to jakiś wrodzony przymus, czy polonistyczne skrzywienie, ale każdą książkę, którą zaczynam, kończę i nie pozostawiam jej nieprzeczytanej, chociażby była najgorszym literackim badziewiem.
Pisarstwo Žambocha jest ubóstwiane przez wielu czytelników, ale „Wojna absolutna” to absolutny gniot. Świat stworzony przez autora jest tak sztampowy, że aż boli. Roboty zyskujące samoświadomość i próbujące odnaleźć się w nowej rzeczywistości? Masakra! Przecież ten temat jest oklepany jak stara kobyła. Książki, filmy, komiksy… najgorszy sen ludzkości, który może się kiedyś ziścić. Autor nie wymyślił nic, co powaliłoby mnie na kolana. Chaos we wszechświecie, utrzymujący się stan ciągłego zagrożenia i konflikty między różnymi grupami maszyn bojowych. Nasz główny bohater prawie na każdej stronie ulega zniszczeniu, a jego samoświadomość i pamięć zostają wszczepiane do innego mechanizmu. Co to ma być? Jakaś tragiczna, „robocia” reinkarnacja? Cieszę się, że lekturę tej fatalnej powieści mam już za sobą.
Książka nie może się też poszczycić ani językiem, ani dialogami. Mam wrażenie, że każde słowo jest metalowe, zgrzytające i nieprzyjemne. Za dużo tu maszyn, pierwiastków chemicznych i fizycznych zjawisk, które tak zaserwowane stają się nieprzyswajalnie. Nigdy nie lubiłam fizyki (wyjątkiem jest „Anatomia głupoty według Richarda Hammonda”), a teraz poczułam, że nie lubię jej jeszcze bardziej. Dawna niechęć odżyła.
Chciałabym też wspomnieć, że sam tytuł jest mylący. Nie ma żadnej wojny, a już na pewno absolutnej! Jedyne na co możemy liczyć to kilka karykaturalnych bitewek pomiędzy robotami, które są połączone ze sobą bez ładu i składu.
„Wojna absolutna” to taka bezpłciowa „Lego przygoda” dla dorosłych. Książka jest zdecydowanie nie dla mnie i mam nieodparte wrażenie, że nie przypadłaby ona do gustu nawet miłośnikom fantastyki.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Miroslav Žamboch, „Wojna absolutna”, wyd. Fabryka Słów, Lublin, 2016 r.
Komentarze