Polskie wydanie „Wyjaśniamy morderstwa” prawie idealnie zbiegło się w czasie z premierą filmowej ekranizacji „Czwartkowego Klubu Zbrodni”, czyli pierwszej części serii, z której jest w naszym kraju znany Richard Osman. Przyznaję się bez bicia, że jej nie czytałam, a jedynie kojarzyłam nazwisko autora i podczas oglądania zwiastuna tytuł wydał mi się znajomy. Poza tym generalnie unikam serii złożonych z wielu tomów. Bardzo rzadko zdarza się, że chcę z jakimiś postaciami spędzić więcej niż kilkaset stron i „Wyjaśniamy morderstwa”, otwierające nowy cykl, nie zmieniło mojego zdania.
Książka ma dwoje głównych bohaterów i są oni dość nietypowym duetem, bo mówimy o emerytowanym policjancie i jego synowej pracującej w agencji ochrony. Steve prowadzi spokojne, dla postronnych wręcz monotonne i nudne, życie w małym, angielskim miasteczku. Dni wypełniają mu spacery z kotem, wizyty w sklepach i pubie oraz okazjonalne śledztwa typu szukanie zaginionego czworonoga albo odkrycie, kto podrzuca śmieci do kubła sąsiada. Amy z kolei żyje w ciągłym biegu, jeździ po całym świecie, narażając swe zdrowie i życie, aby chronić bogaczy. Można byłoby pomyśleć, że nie mają ze sobą nic wspólnego, a jednak, gdy klienci zaczynają ginąć jeden po drugim, Amy stwierdza, że potrzebuje pomocy właśnie Steve’a (i pewnej namolnej pisarki Rosie, którą chce zabić wkurzony Rosjanin).
Kiedy czytałam zarys, zaintrygował mnie pomysł na tak oryginalną rodzinę, tyle że jest to słowo trochę na wyrost. Amy i jej mąż Adam żyją na odległość, non stop podróżując zawodowo, a Steve i Adam nie potrafią ze sobą rozmawiać na żywo, a przez telefon tym bardziej, więc nie robią tego wcale. Adam jest więc łącznikiem tylko w teorii, bo tak naprawdę to Amy utrzymuje kontakt z teściem i stara się, aby ich słabe relacje nadwątlone żałobą po zmarłej żonie/matce zachowały chociaż cień pozorów normalności.
Powieść określiłabym mianem patchworkowej. Autor nagromadził w niej mnóstwo wątków, które moim zdaniem nie do końca ze sobą współgrają. Z jednej strony mamy emocjonować się dramatyczną ucieczką przed mordercą, z drugiej napięcie burzą dialogi skupione na mało ważnych rzeczach lub trywialne zdarzenia, takie jak Rosie ubierająca tiarę, malująca usta pod brezentem albo rzucająca dwuznaczne uwagi. Czytamy o przytłaczających wyrzutach sumienia Steve’a, a za chwilę dochodzi do czegoś absurdalnego i niby miało to być śmieszne, a jednak jakoś nie wypada się uśmiechnąć. Wreszcie zbliżamy się do rozwikłania zagadki, a autor nagle postanawia znacząco zwolnić tempo, wypełniając całe strony postacią trzecioplanową, jakby pocisk w stronę influencerów żądnych łatwego zarobku mógł wcześniej umknąć uwadze czytelnika. Być może taki właśnie jest styl Osmana, ale dla mnie ten bałagan i ciągłe przeskoki między skrajnymi nastrojami bywały irytujące i wybijające z rytmu.
„Wyjaśniamy morderstwa” nie jest czystą komedią, więc komizm w każdej postaci naprawdę nie musiał nas atakować z każdej strony. Można było dawkować go znacznie subtelniej i dać pozostałym częściom składowym szansę na wybrzmienie. Za dużo miejsca poświęcono też na zagmatwanie kwestii tożsamości czarnych charakterów, tym bardziej że już na wejściu można odkryć, kto jest kretem w firmie, bo nie mamy aż tak dużej puli wyboru. W obliczu fabularnego chaosu wcale się nie dziwię, że nawet tłumacz w pewnym momencie się pogubił i tymczasowo zmienił płeć jednej z postaci.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Richard Osman, „Wyjaśniamy morderstwa”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, 2025.