Wakacyjne wyjazdy zwykle kojarzą się z odpoczynkiem. To czas, kiedy codzienność zostaje na chwilę zawieszona, a największym problemem wydaje się pogoda czy wybór kolejnego szlaku. Maciek Froński i Dawid Juraszek pokazują jednak, że właśnie wtedy najłatwiej dochodzą do głosu sprawy odkładane miesiącami. „Za zakrętem drogi, za zakolem rzeki” nie jest więc książką o podróżowaniu. To książka o ludziach, którzy ruszają w drogę i niespodziewanie zaczynają konfrontować się z własnym życiem.
Publikacja składa się z ośmiu niezależnych opowiadań osadzonych w Polsce lat 60., 70. i 80. Każde z nich to inny środek transportu, inni bohaterowie i zupełnie nowa historia. Kajaki, motocykle, żagle czy sylwester w akademiku nie są jednak głównymi bohaterami. Stanowią tło dla relacji, które w czasie wspólnej podróży zostają poddane próbie. Raz są to małżonkowie stojący przed decyzją mogącą odmienić całe ich życie, innym razem starzy znajomi albo ludzie, którzy dopiero odkrywają, czego naprawdę oczekują od siebie nawzajem.
Największą zaletą książki jest jej kameralność. Autorzy nie próbują tworzyć wielkich dramatów ani sztucznie podkręcać emocji. Konflikty rodzą się z rzeczy dobrze znanych: niewypowiedzianych oczekiwań, przemilczanych rozczarowań, wspomnień z młodości czy zwykłego lęku przed zmianą. Wiele rozmów przypomina te, które każdy choć raz prowadził podczas długiej drogi samochodem albo wieczoru przy ognisku. Być może właśnie dlatego tak łatwo uwierzyć tym bohaterom.
Choć akcja rozgrywa się w realiach PRL-u, historyczne tło pozostaje zaskakująco dyskretne. Nie jest to książka o polityce ani kronika minionej epoki. Owszem, klimat tamtych lat jest wyraźnie wyczuwalny – w środkach transportu, muzyce, codziennych realiach czy sposobie spędzania wolnego czasu – ale nigdy nie dominuje nad historiami. Dzięki temu nawet czytelnik wychowany długo po 1989 roku bez trudu odnajdzie się w opowieści. Sama należę do pokolenia Gen Z, a mimo to ani przez chwilę nie miałam poczucia obcowania z czymś muzealnym. Wręcz przeciwnie. Emocje bohaterów pozostają zaskakująco współczesne.
Na uwagę zasługuje również język. Panowie piszą lekko, bez zbędnych ozdobników. Poszczególne opowiadania czyta się płynnie, a każde z nich ma własny rytm i charakter. Co ważne, autorzy wiedzą, kiedy postawić kropkę. Większość historii kończy się w momencie, który pozostawia czytelnika z przestrzenią do własnych dopowiedzeń. Nie wszystkie zakończenia przynoszą jednoznaczne odpowiedzi i właśnie to sprawia, że poszczególne opowieści zostają w pamięci na dłużej. Kilka razy złapałam się nawet na tym, że żałowałam końca rozdziału. Chciałam zostać z tymi bohaterami jeszcze kilka stron dłużej.
Szczególnie dobrze wypada ostatnie opowiadanie. Jest najbardziej rozbudowane, najbardziej tajemnicze i najpełniej pokazuje, że autorzy potrafią budować napięcie nie za pomocą sensacyjnych wydarzeń, lecz stopniowo odsłanianych emocji. To dobre zwieńczenie całego zbioru.
„Za zakrętem drogi, za zakolem rzeki” przypomina, że podróż nie zawsze służy odkrywaniu nowych miejsc. Czasem pozwala przede wszystkim spojrzeć z innej perspektywy na własne życie. To jedna z tych książek, które najlepiej czyta się właśnie podczas wyjazdu – nad jeziorem, na campingu czy w pociągu. Paradoksalnie może wtedy najłatwiej zrozumieć bohaterów, którzy odkrywają, że najważniejsze rzeczy wcale nie czekają na końcu drogi, ale od dawna jadą razem z nimi.
Dorota Pustelnik
Maciek Froński, Dawid Juraszek, ,,Za zakrętem drogi, za zakolem rzeki”, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia, 2026.
Komentarze