„Zabójcza korekta” – recenzja

Recenzja książki „Zabójcza korekta”.
Niespokojna jest głowa, która nanosi korektę.

Mniej więcej rok temu recenzowałam „Czy odkryjesz, kto jest mordercą?” Antony’ego Johnstona. Była to mozolna, ale i pełna przedniej rozrywki zabawa w detektywa. Tego też spodziewałam się, sięgając po tegoroczną „Zabójczą korektę” Stefano Bartezzaghiego i Piera Mauro Tamburiniego.

Tym razem punktem wyjścia jest pozornie samobójcza śmierć pisarza. Niccolò Errante latami czekał na sukces, a gdy ten w końcu nadszedł, nie nacieszył się nim za długo, ponieważ po spotkaniu wydawniczym rzekomo skoczył z balkonu. Takie wytłumaczenie kupują wszyscy poza naszym narratorem (nie będę zdradzać imienia, bo dość długo pozostaje anonimowy), który był zarówno korektorem, jak i korespondencyjnym przyjacielem denata. Typowo kryminalnego klimatu mamy tutaj jednak niewiele, podobnie jak szczegółów na temat miejsca zbrodni czy kręgu podejrzanych, który ogranicza się do kilku pracowników wydawnictwa Ursula.

Naszą uwagę praktycznie w całości pochłania (ją) zadanie/a, jakie wyznaczył nam narrator w celu rozwikłania zagadki. W każdym ze stu rozdziałów znajduje się po dziesięć błędów. Mogą to być zwykłe literówki, błędy ortograficzne, gramatyczne, rzeczowe i faktograficzne, bez błędów stylistycznych i interpunkcyjnych. O tym ostatnim szczególe niestety zostajemy poinformowani dopiero na trzydziestej drugiej stronie. W efekcie moja wcześniejsza praca okazała się po części zbędna. Później odbiłam sobie ten niepotrzebny wysiłek, ignorując błędy faktograficzne nieodnoszące się bezpośrednio do fabuły (z całym szacunkiem, ale nie ciągnęło mnie do odrywania się od czytania, żeby sprawdzić wymiary Titanica albo wzrost Aleksandra Wielkiego). Nawet bez nich zapisałam 31 stron. Dla porównania tekst książki bez dodatków zajmuje ich dwieście.

Etap szukania błędów jest jednak dopiero początkiem i, niestety, sądząc po opiniach, jakie znalazłam w polskim internecie, nikomu poza mną nie udało się przejść dalej, czyli do wyboru z tysiąca poprawek stu, które mają utworzyć kolejny tekst. Polski wydawca przynajmniej tę część nam dobrotliwie ułatwia, mianowicie wyrazy możemy wpisywać do oznaczonej numerami krzyżówki. Mając podpowiedź w postaci kilku liter, zdecydowanie łatwiej jest zdecydować, jakie jest kolejne brakujące słowo. Mam do tego dodatku jedno zastrzeżenie: w słowie z rozdziału 86 brakuje kratki na ostatnią literę, bo ten wyraz nie jest w mianowniku, tylko narzędniku. Niemniej krzyżówka w 100% wypełniona, ale na tym nie koniec. Tekst, jaki otrzymujemy, ponownie zawiera błędy (i odnośnik do artykułu), które znów musimy wyłapać. Dokonałam więc rzeczy pozornie niemożliwej i dotarłam do, zdaje się, samego końca, ale wciąż nie jestem przekonana, czy to rzeczywiście jest koniec, bo w chwili pisania tej recenzji wątpliwości wciąż nie rozwiała rozmowa z Włoszką z Reddita.

Ostatecznie więc odniosłam wrażenie, że „Zabójcza korekta” to przerost formy nad treścią. Początkowo zawoalowany efektem nowości żmudny wysiłek, jaki ponosimy, jest nieadekwatny do nagrody w postaci potencjalnego rozwikłania zagadki. Co więcej, mimowolnie odbiera nam on możliwość zżycia się z narratorem, czy emocjonalnego wczucia się w przeżywaną przez niego żałobę, bo zdaje się, że nie tylko o błędach lub ich braku miała być ta historia.

Izabela Fidut

Stefano Bartezzaghi, Pier Mauro Tamburini, „Zabójcza korekta”, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2026.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat