Wśród zgiełku codzienności, kiedy rytm życia wyznaczają sprawy pilne, a nie ważne, dobrze jest trafić na książkę, która nie tylko zatrzymuje nas w biegu, ale też pozwala zajrzeć głębiej — w siebie, w innych, w przeszłość i przyszłość. Malwina Ferenz, autorka subtelnych, ale mocno osadzonych w rzeczywistości powieści obyczajowych, po raz kolejny zabiera nas w podróż pełną emocji i wzruszeń. „Ziemie obiecane” to nie tylko tytuł, to metafora tęsknot, złudzeń, marzeń, które nosimy w sobie od pokoleń. To również książka o powrotach – tych mniejszych i większych, tych przymusowych i tych z własnej woli.
Malwina Ferenz osadza swoją opowieść na Dolnym Śląsku, a dokładnie we Wrocławiu — krainie pogranicza, pamięci, osiedleń i wykorzenienia. To miejsce, gdzie każda cegła nosi w sobie historię, gdzie polskie i niemieckie losy splatają się w skomplikowaną siatkę przeszłości, gdzie domy pamiętają języki, których już się nie słyszy, a ziemia skrywa ślady wojennych dramatów i rodzinnych tragedii. Autorka z wielkim wyczuciem oddaje ducha tych miejsc — nie tylko przez opisy krajobrazów, ale przede wszystkim przez emocje bohaterów, których losy są nierozerwalnie związane z tą właśnie przestrzenią.
Ferenz ma dar kreślenia postaci prawdziwych — nie idealnych, nie papierowych, ale takich, których możemy spotkać na ulicy, w sklepie, na przystanku. W „Ziemiach obiecanych” śledzimy losy kilku rodzin, które po wojnie — z różnych powodów — znalazły się w tej samej przestrzeni. Przenikają się tu historie polskich przesiedleńców z Kresów, repatriantów, autochtonów, ale też tych, którzy w nowej rzeczywistości próbują odnaleźć sens życia. Każda z tych postaci nosi w sobie ranę, niedopowiedzenie, przemilczenie — i właśnie te ciche miejsca w człowieku Ferenz potrafi nazwać z literacką delikatnością.
Najbardziej porusza los jednej z bohaterek — Gertrud. Sowieci zgotowali jej los, który mrozi krew w żyłach. To właśnie ona jest doskonałym przykładem tego, jaki los dotykał większość kobiet. Tam nikt nie mógł czuć się bezpiecznie. Milicja i sądy są po to, aby były, strach nie pozwalał wychodzić na ulice. Dodatkowo gruzy, zrujnowane kamienice, wszechobecny brud nadają powieści klimatu.
Styl Malwiny Ferenz to czysta przyjemność czytelnicza. Jej język nie jest efekciarski, ale bogaty, pełen empatii i wrażliwości. Autorka nie moralizuje, nie narzuca ocen — prowadzi czytelnika przez emocje z szacunkiem i pokorą. Jej opisy są malarskie, ale nie przesadzone; dialogi — naturalne, pełne prawdy. Największą siłą tej narracji jest jednak czułość. Czułość do ludzi, do miejsc, do historii — nawet tej najboleśniejszej. Czytając „Ziemie obiecane”, ma się wrażenie, że autorka chce nie tylko opowiedzieć historię, ale też coś uleczyć — w bohaterach i w czytelnikach.
Jednym z ważniejszych tematów książki jest pamięć zbiorowa i indywidualna. Ferenz pokazuje, jak historia wnika w nasze codzienne życie — jak wpływa na to, kim jesteśmy, co wybieramy, jak kochamy i jak się boimy. Ziemie Dolnego Śląska, które miały być „obiecane” — wolne, nowe, bogate — dla wielu okazały się ziemią niepokoju, niezrozumienia, poczucia tymczasowości. Ale właśnie z tego doświadczenia wyrasta głęboka refleksja: że dom nie zawsze jest miejscem, ale stanem duszy, że czasem trzeba pogodzić się z przeszłością, by móc naprawdę zamieszkać w teraźniejszości.
„Ziemie obiecane” Malwiny Ferenz to nie tylko powieść — to liryczna, mądra i głęboka refleksja o człowieku uwikłanym w historię, o potrzebie przynależności, o pamięci, która potrafi leczyć i ranić jednocześnie. To także hołd złożony wszystkim, którzy musieli zaczynać od nowa na nieznanej ziemi — z walizką, w której mieściło się więcej wspomnień niż ubrań.
To książka dla tych, którzy lubią literaturę, co zostaje na długo. Dla tych, którzy wiedzą, że to, co najważniejsze, często jest ukryte głęboko — i że warto po to sięgać. Dla tych, którzy czasem tęsknią za domem, którego już nie ma — albo jeszcze nie ma.
Ferenz napisała opowieść pełną wzruszeń, ale też spokoju. Po jej lekturze człowiek czuje się, jakby wrócił z dalekiej podróży do miejsca, które mimo wszystko — jest jego. Może nie dosłownie, może tylko symbolicznie, ale jednak jego. Bo każdy z nas ma swoją ziemię obiecaną. Nawet jeśli jeszcze jej nie odnalazł.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Malwina Ferenz, „Ziemie obiecane”, Skarpa Warszawska, Warszawa, 2025.