„1954. Dziennik ilustrowany” - recenzja

Recenzja książki „1954. Dziennik ilustrowany”.
„Mało w tym sensu, lecz mnóstwo pociechy”

Tak się złożyło, że w moich rękach po kolei pojawiły się dzienniki pisane przez dwóch znanych pisarzy, których wiele łączyło, ale i dzieliło. Tak więc po Józefie Henie i jego dzienniku pisanym jak najbardziej współcześnie, wzięłam się za dziennik Tyrmanda, z roku 1954, który prowadzony był przez trzy miesiące, urwany w połowie zdania; dziennik, do którego już nigdy nie powrócił, bo za chwilę zabrał się za pisanie „Złego”.

Tyrmand w swoim dzienniku jest pełen dosłowności. Pisze o tym, co go boli, a tu pojawiają się zarówno kobiety, jego szesnastoletnia Bogna, jak i problemy z pracą i łapanie się chałtur, aby tylko mieć jakiekolwiek dochody po odejściu z „Tygodnika Powszechnego”. Jeśli z jego dziennika wytniemy osoby, które znał on i jemu współcześni, mieszkający w stolicy, przed oczami czytelnika pojawia się Warszawa ze wszystkim problemami i zmianami powojennymi. On sam przedstawia się czytelnikowi jako biedujący literat i dziennikarz, żalący się, że nikt już nie docenia jego znajomości języków, także nietypowych (jak język norweski) ani nikt nie pamięta o jego miłości do jazzu i tego, że to właśnie on upowszechnił tę muzykę w Polsce. Nie ma oporów, aby wskazać osoby, które zdecydowały się na współpracę z reżimem, który u Tyrmanda pojawia się w snach jako pies kąsający go w siedzenie. On się nie zgadzał na układy, pisanie pod pseudonimem, chciał być wierny sobie.

Ktoś mu podsuwa pomysł, aby zaczął prowadzić dziennik, w którym notuje wszystko, co go boli, co go uwiera, gdzie wspomina ludzi, wydarzenia. Pisze o wszystkim? Wcale nie - o niektórych rzeczach pisze zdawkowo lub w ogóle. Wielu biografów zastanawiało się, o kim Tyrmand pisał, bo niejednokrotnie używa tylko inicjałów. Nawet jego Bogna nie tak miała na imię i była starsza niż wskazuje na to dziennik. Tak więc nawet tu pisarz prowadzi swoistą grę z czytelnikiem, może mniej obytym ze światem literackiej Warszawy lat 50. Stosuje autocenzurę na wypadek utraty dziennika czy może, mając świadomość, że jednak kiedyś, gdzieś, jakoś ten dziennik będzie wydany, filtruje swoje przemyślenia – tego się nie dowiemy.

Jego zapiski to również kilka cennych historii, związanych z miastem, w którym mieszka, nawet jeśli dot;czą budynku YMCA, w którym przebywa przez kilka lat, skutecznie opierając się różnym naciskom. Przy okazji opisuje problemy prasy i przejęcia kolejnych tytułów przez komunistów. Tyrmand pokazuje, jak bardzo nikt go nie rozumie. Pytanie, czy on sam wie, czego chce. Chyba też nie do końca, bowiem w swoich zapiskach jakby się rzucał od myśli do myśli, od pomysłu do pomysłu, niby wie, co może mu przynieść pieniądze, ale jednak jest to obarczone ryzykiem współpracy z reżimem. Pisze, kogo kochać, a z kim tylko miło spędzić czas przy kawie; komu ufać, zawodowo i prywatnie, a kogo omijać z daleka.

Niewątpliwym atutem tego wydania, oprócz powrotu do pierwszej, nieocenzurowanej wersji, są także zdjęcia i to zarówno te pochodzące z prywatnych archiwów rodziny Leopolda Tyrmanda, jak i zdjęcia z archiwów cyfrowych państwowych.

Czy poznajemy bliżej samego autora? Na tyle, na ile on sam na to pozwala. Na pewno poznajemy sprawnego pisarza, który za dwa lata będzie święcić tryumfy jako autor kulturowej powieści, osadzonej ponownie w mieście, które świetnie znał i kochał.

Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)

Leopold Tyrmand „1954. Dziennik ilustrowany”, Wydawnictwo MG, 2020



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat