Piękna graficznie i kolorystycznie, przykuwająca wzrok okładka projektu Wojciecha Wawocznego, krótka notka zapowiadająca coś pomiędzy obyczajem a refleksyjną i pełną metafor bajką, biografia autora, która zdradza, że ukończył studia antropologiczne i publikował w periodykach oraz antologiach – oto powody, dla których sięgnęłam po „27 pięter” Bradleya Somera. Pierwszy powód mógł być zwodniczy, wszak czasem atrakcyjne grafiki mają ukryć braki w treści, drugi również mógł stanowić wydmuszkę, trzeci zaś nie gwarantował mi nic ponad to, że pisarz na pewnym etapie życia interesował się studiowaniem ludzi i ich natury. Byłam jednak optymistyczna. Nie tylko lubię literaturę wydawaną przez Prószyńskiego i S-kę, ale też miałam ochotę na coś lekkiego, pozbawionego wątków kryminalnych i potworów wyskakujących zza szafy.
Po otworzeniu powieści i ujrzeniu podtytułu pierwszego rozdziału – „w którym naświetlona zostaje istota życia i w ogóle wszystkiego” – byłam jeszcze bardziej entuzjastyczna, niż przed zamówieniem książki. Zaczęło się lekko i humorystycznie, a jednak refleksyjnie, o czym dowiedziałam się, pokonawszy sześć stron. To właśnie owo sześć stron nakreśliło kształt historii, którą poznawać miałam w krótkich, urywanych fragmentach. Czas był przemieszany, zdarzenia pozbawione chronologii, a ludzie rozsypani pomiędzy piętrami budynku „Sewilla na Roxy”. Powieść przypominała mozaikę, która choć składa się z wielu różnorodnych kawałków, tworzy logiczną całość. Historie połączyła nie tylko spadająca z ostatniego piętra rybka Ian, ale i przypadek, los, przeznaczenie... niech każdy zadecyduje sam.
W jednym z rozdziałów, których bohaterem głównym jest nastoletni Herman, a drugoplanowym jego dziadek, pojawił się wątek kartki, na której ten drugi postawił dwie kropki. Obie znajdowały się w rogach, oddalone o równy odcinek. Herman wyliczył, ile centymetrów je dzieli i nijak nie potrafił zrozumieć słów opiekuna, jak niby mógłby kontrolować ich odległość. Przecież były stałe! Dziadek enigmatycznie kazał mu porzucić myśli o przestrzeni, biorąc na warsztat czas. W końcu chłopiec odkrył to, czego sprytny czytelnik mógł się domyślić już wcześniej. Zgiął kartkę i zetknął kropki, które stały się jednością.
Dlaczego piszę akurat o tej historii? Nie tylko dlatego, że jej zakończenie jest poruszające, ale również dlatego, że kartka z narysowanymi kropkami wydaje się alegorią całej powieści „27 pięter”. Na początku – który wcale nie jest początkiem, ale pewnym etapem lotu Iana – poznajemy złotą rybkę, łącznika żyć mieszkańców Sewilli na Roxy. Pojawia się ona również na końcu, który jest początkiem. Wówczas rozdziały na podobieństwo kropek stykają się, a my odkrywamy, że najważniejsze chwile powieści rozegrały się w tym samym czasie, w tych samych sekundach, pod wysuszonym od wiatru okiem Iana.
Książka mnie poruszyła. Nie wszystkim historiom przyznałabym szóstkę, ale żadnej nie przyznałabym trói, ani nawet czwórki. Gdybym wcześniej nie przeczytała, że Somer jest z wykształcenia antropologiem, posądziłabym go o związki z socjologią lub psychologią. Wziął na warsztat ludzi i ich życia, a wynik eksperymentu okazał się przepiękny. Mogę napisać tylko tyle, że jeśli lubicie refleksyjne powieści napisane z humorem, wprost musicie sięgnąć właśnie po tę. Nie tylko uważam, że warto, ale z przyjemnością sama jeszcze do niej wrócę.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Bradley Somer, 27 pięter, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2016
Komentarze