Sięgając po „30 dni do zmian” byłam pełna optymizmu. Autorka adresuje swoją książkę do ludzi przeżywających różnego rodzaju kryzys, ja co prawda aktualnie nie do końca się pod tę kategorię łapałam, ale czemu by nie udoskonalić swojej codzienności, jeśli jest ku temu możliwość? Na własnym przykładzie przekonałam się, że przy odrobinie chęci i wiary, poradniki mogą być bardzo w tym pomocne, nie mam uprzedzenia do książek o takiej tematyce, odległe jest mi podejście negujące je zaraz na wstępie. Jest to jednak recenzja książki, która całkowicie mnie zniechęciła do owych zmian, zmian na lepsze wedle mniemania autorki.
Pozycja nadaje się jedynie dla absolutnych laików organizacji i życia jako takiego, ludzi którzy nigdy w swoim życiu nie poświęcili nawet kwadransa na głębsze przemyślenia, czy przejrzenie jakiegokolwiek z większych blogów o tematyce lifestyle. Wszelkie kwestie przedstawione w tej książce są absolutnie wtórne. Autorka poświęca całe akapity na opisywanie rzeczy prostych i oczywistych, powtarza nieustannie te same punkty, celem nabicia większej ilości znaków, powstaje totalne masło-maślane. Nieustannie podkreśla znaczenie „minimalizmu” i wszystkiego, co „mniejsze”, zdarza jej się powtarzać te same porady jeszcze na tej samej stronie, do wszystkiego zachęca tworzenie „pięknego, inspirującego zeszytu”, skupia się na nieistotnych detalach. Uwierzcie mi, jeśli chcecie coś zmienić, zacznijcie robić stosowne notatki nawet na odwrocie magazynu z programem telewizyjnym. To nie ma znaczenia. Liczy się wasze działanie i zrozumienie sytuacji!
Autorka „30 dni do zmian” rozmienia się na drobne, powtarza nieustannie rady typu wyrzuć zepsute warzywa z lodówki i pamiętaj myć zęby przez trzy minuty, wyjaśnia skrupulatnie, co ma zawierać w tabeli wydatków kolumna z oznaczeniem „rachunki” lub „kosmetyki”, mnożąc rady absolutnie niekonstruktywne, wskazując na oczywiste. Są dwie opcje – miała to być książka dla dwunastolatek albo ludzi bez krzty zdrowego rozsądku, które z entuzjazmem podejdą do rady „jeśli chcesz mieć długie włosy – poszukaj blogów o ich pielęgnacji”. Do tego wiele wątków poradnika kręci się wokół wyglądu zewnętrznego – odchudzania i diety. Zdrowie jest bardzo ważne i o nie warto walczyć, ale tego typu poradniki powinny pomóc ludziom w akceptacji swojego ciała i rozwoju emocjonalnym.
Niestety, do kiepskich rad dochodzi jeszcze mentorski ton. Ton z pozycji autorki uważającej się za lepszą. Książka wręcz kipi od negatywnych emocji, podejście do czytelnika jest krytyczne, autorka ocenia z góry, ciężko oprzeć się wrażeniu, iż uważa się za lepszą, niż osoby, które mają korzystać z jej rad. W treści poradnika pojawiają się również nieustannie nakazy i zakazy – tego nie rób, myśl tak, przyznaj że. Przy zmianach potrzebna jest nam motywacja, inspiracja i zachęta, nie narzucanie czyjegoś zdania. Autor poradnika tego typu powinien być mentorem, pomóc nam przejść drogę do zmian, nie ustawiać nas na nowo, niczym trybiki jakiegoś mechanizmu.
„30 dni do zmian” jest dla mnie kompletną stratą pieniędzy i czasu. Bardzo żałuję młodych, niepewnych siebie, czy przeżywających kryzys osób, które kupią tę książkę, ponieważ nawet przy ogromnych pokładach ich chęci, ta książka nie pomoże im zmienić swojego życia na lepsze. Polecam omijać z daleka i szukać poradników tworzonych przez osoby, które nastawiają się na pomoc innym, a nie promocje własnej osoby i sukces wydawniczy.
Joanna Złomańczuk
(joanna.zlomanczuk@dlalejdis.pl)
Aneta Zając, „30 dni do zmian”, Sensus, Warszawa, 2015
Komentarze