Której z nas życiowy partner nie doprowadza od czasu do czasu do szewskiej pasji?
Jestem w 100% pewna, że żadna z czytających ten tekst osób, na żadne z powyższych pytań nie może z czystym sumieniem odpowiedzieć „ja”. Podobnie jak miliony kobiet na całym świecie oraz Melanie Hoffman, bohaterka powieści Stacey Ballis pt. „Smaki życia”.
Życie Melanie wydawało się być idealne lub też może- bardzo mocno zbliżone do ideału. Była wziętą prawniczką, miała kochającego męża, będącego wielkim fanem jej kuchni, charakteru i ciała. A trzeba przyznać, że trochę tego ciała było do kochania. Melanie przez cały okres swojego małżeństwa ważyła około 130 kg. Okazuje się, że właśnie jej waga i krągłe kształty były głównym powodem, dla którego tak podobała się swojemu mężowi. Kiedy po dwuletnich męczarniach i wyrzeczeniach schudła 65 kg, Andrew zdecydował się ją zostawić. Jak na ironię, jego nową wybranką serca stała się ważąca sto kilkadziesiąt kilo koleżanka Mel.
Jak Melanie przeżyła rozstanie? Cóż, na początku nie jest jej łatwo pogodzić się ze zdradą ukochanego męża, z którym do tej pory nawet nigdy się nie sprzeczała. Rozwód jest więc dla niej nie tylko wielkim ciosem w serce, ale przede wszystkim ogromnym zaskoczeniem. Melanie całą swoją uwagę skupia na biznesie, który dopiero co zaczęła rozkręcać. Prowadzenie lokalu ze zdrową żywnością, zarządzanie personelem i balansowanie nad przepaścią finansową są wystarczająco absorbujące, aby oderwać myśli od nieudanego małżeństwa. Jakby tego było mało, Melanie decyduje się przyjąć pod swój dach 23-letnią współlokatorkę, która również nie pozwala jej na nudę. W międzyczasie na horyzoncie pojawia się też przystojny Nathan...
„Smaki życia” zaczęłam czytać akurat w tym samym momencie, kiedy zaczęła interesować mnie kwestia zdrowego odżywiania. Automatycznie więc Stacey Ballis otrzymała ode mnie pierwszego, wielkiego plusa za samą tematykę i usadzenie akcji książki w środowisku osób, które starają się prowadzić zdrowy lifestyle. W miarę czytania książki plusów tych, zaczęło pojawiać się coraz więcej.
Każdy rozdział powieści zaczyna się od opisu jakiejś potrawy. Nie chodzi tu w żadnym wypadku o przepis i instrukcje jak zrobić idealny makaron z serem czy usmażyć pyszne naleśniki, ale są to wspomnienia Mel, związane z konkretnym daniem. Czasem dotyczą dzieciństwa, czasem już dorosłego życia Mel jako mężatki. Uważam, że to bardzo ciekawy pomysł na ugryzienie tematu oraz krotką zapowiedź tego, co znajdziemy w danym rozdziale. Tym bardziej, że chyba każdy posiada kilka takich kuchennych wynalazków, prywatnych „smaków życia”, które kojarzą mu się z daną sytuacją lub daną osobą.
Kolejnym plusem jest długość i spójność rozdziałów. Nie są one zbyt obszerne, nie męczą więc czytelnika, ale jednocześnie pozwalają na spokojne rozwijanie się akcji. W każdym rozdziale poruszany jest jakiś wątek, który zwykle rozwiązuje się wraz z końcem rozdziału, dzięki czemu czytelnik może w razie potrzeby odłożyć książkę bez obaw, że gdy powtórnie po nią sięgnie, zapomni o czym czytał.
Bardzo podobał mi się również sposób, w jaki „Smaki życia” poruszają problem osób otyłych. Nie chodzi tutaj o niewygody i trudności wynikające z tuszy, ale bardziej o ślady, jakie otyłość pozostawia w psychice i postrzeganiu własnej osoby. Okazuje się, że nawet po utracie zbędnych kilogramów, osoby walczące niegdyś z nadwagą, wciąż mają problemy ze stuprocentową samoakceptacją i czerpaniem przyjemności z posiłków.
Niespodzianką, którą nas uraczyła na samym końcu Stacey Ballis, są przepisy wszystkich potraw, o których wcześniej wspomniała w swojej powieści. Dzięki temu być może nie tylko Mel będzie miała miłe skojarzenia z bananowymi muffinami, ale również i my. O ile, oczywiście, nauczymy się je przyrządzać.
„Smaki życia” to nie tylko powieść obyczajowa, ale również inspiracja dla osób, które lubią gotować. Zbiór przepisów, umieszczony na samym końcu książki, aż się prosi, aby go wypróbować. Stacey Ballis pokazuje również, że dieta to nie bezlitosna głodówka, ale raczej kwestia odpowiednio zbilansowanego posiłku. Udowadnia, że aby schudnąć można jeść smacznie, pod warunkiem, że zwraca się uwagę na ilość i wielkość pochłanianych posiłków. Serdecznie polecam, szczególnie fanom jedzenia, którzy kulinaria traktują jak sztukę.
Monika Krzysztanowicz
(monika.krzysztanowicz@dlalejdis.pl)
Stacey Ballis, „Smaki życia”, Prószyński i S-ka , Warszawa 2012
Komentarze