„Kobieta niespodzianka” - książka będąca serialem

Recenzja książki "Kobieta niespodzianka".
Podobno papier zniesie wszystko, czytelnik – niestety – nie.

Intrygujący tytuł, ciekawa zajawka, pochlebne komentarze internautów – po prostu nie mogłam nie sięgnąć po najnowszą powieść Piotra Kołodziejczaka... I w tym miejscu apeluję do wszystkich, którzy zachęcili mnie do tej książki, aby zwrócili mi mój cenny czas! Bo te 2 godziny, które przeznaczyłam na dotarcie do ostatniej strony „Kobiety niespodzianki” uważam za stracone. Nie spodziewałam się polotu, błyskotliwości ani pięknego języka. Ot, taka książeczka z gatunku „tramwajowych”. Ale to, z czym musiałam się zmierzyć, przeszło moje oczekiwania.

Oto rodzina, typowo polska rodzina – matka, ojciec, dwójka dzieci. Magda i Andrzej (rodzice) pracują na niezłych stanowiskach, zarabiając nieco ponad średnią krajową. Baśka skończyła studia, ale po przykrych doświadczeniach pierwszej pracy siedzi na garnuszku rodziców (to znak solidarności z młodymi ludźmi po studiach bez pracy?). Z kolei Romek to typowy licealista, złośliwy w stosunku do starszej siostry i zakochany w swoim komputerze (nawet nauczył mamę słowa „wyguglować”!) Modelowa rodzina, przeciętna aż do granic możliwości. Mmm... już czuję zapach rosołu i schabowego przygotowywanego na niedzielny obiad.

W tę sielankę wkracza tajemnicza Marta. Burzy monotonny spokój rodziny, choć początkowo o jej istnieniu wie tylko Andrzej. Bolesna tajemnica z przeszłości nagle postanawia wypłynąć na światło dzienne. Każdy, kto mam iloraz inteligencji w granicach 50 IQ, domyśli się, kim jest skromnie ubrana dziewczyna, nagabująca pana kierownika w jego biurze. Muszę jednak oddać autorowi, że samo zakończenie wątku lekko mnie zaskoczyło, ale to pewnie dlatego, że po pierwszych dwudziestu stronach zrozumiałam, że nie mogę się spodziewać żadnego wybuchu.

No a Basia szuka pracy. Zmienia fryzurę, idzie na rozmowę kwalifikacyjną i... No i... tutaj wystarczy iloraz inteligencji mniejszy niż 50, żeby bezbłędnie odgadnąć wynik rekrutacji. Ciekawym wątkiem jest jednak postać szefowej Basi, która ma dość niespotykane podejście do mężczyzn.

Uważam, że Kołodziejczak bardziej niż do pisania powieści, nadaje się do tworzenia scenariuszy podrzędnych seriali. Bo tak jak w szmirowatych filmowych tasiemcach o „prawdziwym życiu”, tak w „Kobiecie niespodziance” świat ma być prawdziwy, wręcz naturalistyczny. Ale jeśli się chce piórem utrwalać momenty i spisywać prawdziwe sceny z życia, to trzeba wrócić do lekcji z naturalizmu, a nie częstować czytelnika popłuczynami po Zoli i Maupassancie. Rozumiem, że powieść miała stanowić zapis zaobserwowanych sytuacji, zachowań. Ale na Boga! Literatura nie jest od tego, żeby ktoś opisywał życie rodzinne swoje i swoich znajomych (no chyba że jest CO opisywać). Od tego są tandetne seriale, w których najgorszym przekleństwem jest „kurcze pióro”, a dzieci uwielbiają nasiadówki z rodzicami przy herbatce.

„Kobieta niespodzianka” spodoba się chyba tylko tym, którzy chcą czytać o przeciętności. Owszem, w przypadku wielu opisanych sytuacji czytelnik pomyśli, że sam coś podobnego przeżył, ale czy czytanie o zakupach i wakacjach nad morzem go ubogaci? Chyba co najwyżej uradowany wielbiciel zwyczajności pomyśli: „o kurcze, o moim życiu powstają książki!”. Ja jednak polecam takim osobom seriale.

No i ten język. Przyznaję, osobiście lubię lekkie pióro, ale jednocześnie podczas czytania pragnę się zachwycać językiem, jego subtelnością i pięknem. A niestety, Kołodziejczak pisze jak gimnazjalista, nieco bardziej sprawnie, ale jak gimnazjalista. „Odkrywcze” porównania, „zaskakujące” metafory... Jasne, miało być prosto, zrozumiale i lekko. Ale czy naprawdę trzeba karmić czytelnika tak banalnym, tak mało literackim językiem? I czy trzeba czytelnikowi pokazywać paluchem, jak ma reagować na opisywane sytuacje (kiedy się uśmiechać, kiedy wzruszać). Panie autorze, trochę szacunku!

Oczywiście mogę należeć do mniejszości, która nie docenia potencjału literackiego Piotra Kołodziejczaka. Ale proszę mi wierzyć, jeśli ktokolwiek czyta więcej niż „Harlequina” i „Zmierzch”, to przyzna mi rację, że „Kobieta niespodzianka” to po prostu pomyłka wydawcy, który chyba nie przeczytał tego, co dopuścił do druku. Podobno papier zniesie wszystko, czytelnik – niestety – nie.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)

Piotr Kołodziejaczak, „Kobieta niespodzianka”, Borgis 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat