Przerażający dla mnie jest fakt, że „A suknię ślubną kupiłam w Suzhou. Codziennik chiński” czytałam bardzo długo. Początkowe strony zajmowały mi ogrom czasu. Co mogło być tego przyczyną? Będę starała się to tu rozgryźć.
Książka jest dziennikiem, relacją z wyprawy na staż, ze studenckiej organizacji AIESTE, młodej absolwentki biotechnologii. Na kartach książki otrzymujemy relację z niemal każdego dnia bohaterki, razem z nią obserwujemy Chiny pierwszego dnia, wędrujemy do pracy, robimy zakupy. Brzmi interesująco? I tak częściowo jest.
Zacznę od tego co w książce mi się najbardziej podobało, czyli od jedzenia. Jeśli Emilia Witkowska-Nery powinna pisać o czymś książki, to tylko o jedzeniu. O tym z czego się składa, jak jest przygotowywane, jak pachnie i wygląda. Po przeczytaniu opisów kilku potraw miałam przeogromna ochotę powędrować do księgarni po książkę z przepisami kuchni chińskiej. Bardzo podobały mi się rozdziały dotyczące zakupu sukni ślubnej (ceny nieporównanie niskie w stosunku do naszych!) i wyprawy do Pekinu (to jeden z lepszych fragmentów dotyczących podróżowania). Jako skutek uboczny powstania książki mamy możliwość zobaczenia, troszkę przez dziurkę od klucza, codziennego życia Chińczyków, warunków ekonomicznych, warunków podróżowania, zachowania, tradycji i podejścia do obcokrajowców. Na sam koniec nie mogę nie wyróżnić bajkowej okładki - o takich Chinach marzyłam.
Tym co najbardziej zniechęciło mnie do lektury było podejście autorki do mieszkania w Chinach. Przez cały czas miałam wrażenie, że podchodzi zbyt krytycznie do tego, co spotyka i przeżywa. Najbardziej na świecie nie lubię ludzi, którzy na wszystko narzekają, marudzą, są nieustannie w złym humorze. Autorka wydaje się być w tym mistrzynią.
Książka, jak już wspominałam, to tytułowy codziennik. Prawdopodobnie skrzętnie spisywane przez autorkę wspomnienia nie miały ujrzeć światła dziennego i trafić jedynie do najbliższych. Stąd też pojawiają się w niej nawiązania do narzeczonego z Brazylii, planowanego ślubu, konieczności przerwania kariery naukowej. To kawałek jej życia, momentami osobistego i nie mającego związku z Chinami. Język „A suknię ślubną kupiłam w Suzhou” jest typowo pamiętnikowy, prosty i przypominający potoczną mowę. Tym czego najbardziej w książce brakowało jest osobista refleksja autorki, próba zrozumienia, zastanowienie się dlaczego i co wygląda tu tak, a nie inaczej.
Jak przyznałam na początku, nie była to dla mnie łatwa lektura. W tego rodzaju literaturze prawdopodobnie ważne jest, choć minimalne, dopasowanie charakterów autora i czytelnika. Bardzo ciężko zaakceptować podejście do świata, którego nie mamy i nie rozumiemy. Z pewnością jednak nie żałuję czasu, który poświęciłam tej książce. Wyprawa była trudna, ale zdecydowanie więcej podczas niej zyskałam, niż straciłam.
Milena Kwasek
(milena.kwasek@dlalejdis.pl)
Emilia Witkowska-Nery, A suknię ślubną kupiłam w Suzhou. Codziennik chiński, Gdynia, Novae Res, 2013
Komentarze