„A suknię ślubną kupiłam w Suzhou. Codziennik chiński” - recenzja

Recenzja książki „A suknię ślubną kupiłam w Suzhou. Codziennik chiński”.
Odkąd pamiętam uwielbiam czytać książki podróżnicze, opisujące miejsca i życie ludzi w dalekich krajach. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że trafię na taką, której lektura zajmie mi długie tygodnie.

Przerażający dla mnie jest fakt, że „A suknię ślubną kupiłam w Suzhou. Codziennik chiński” czytałam bardzo długo. Początkowe strony zajmowały mi ogrom czasu. Co mogło być tego przyczyną? Będę starała się to tu rozgryźć.

Książka jest dziennikiem, relacją z wyprawy na staż, ze studenckiej organizacji AIESTE, młodej absolwentki biotechnologii. Na kartach książki otrzymujemy relację z niemal każdego dnia bohaterki, razem z nią obserwujemy Chiny pierwszego dnia, wędrujemy do pracy, robimy zakupy. Brzmi interesująco? I tak częściowo jest.

Zacznę od tego co w książce mi się najbardziej podobało, czyli od jedzenia. Jeśli Emilia Witkowska-Nery powinna pisać o  czymś książki, to tylko o jedzeniu. O tym z czego się składa, jak jest przygotowywane, jak pachnie i wygląda. Po przeczytaniu opisów kilku potraw miałam przeogromna ochotę powędrować do księgarni po książkę z przepisami kuchni chińskiej. Bardzo podobały mi się rozdziały dotyczące zakupu sukni ślubnej (ceny nieporównanie niskie w stosunku do naszych!) i wyprawy do Pekinu (to jeden z lepszych fragmentów dotyczących podróżowania). Jako skutek uboczny powstania książki mamy możliwość zobaczenia, troszkę przez dziurkę od klucza, codziennego życia Chińczyków, warunków ekonomicznych, warunków podróżowania, zachowania, tradycji i podejścia do obcokrajowców. Na sam koniec nie mogę nie wyróżnić bajkowej okładki - o takich Chinach marzyłam.

Tym co najbardziej zniechęciło mnie do lektury było podejście autorki do mieszkania w Chinach. Przez cały czas miałam wrażenie, że podchodzi zbyt krytycznie do tego, co spotyka i przeżywa. Najbardziej na świecie nie lubię ludzi, którzy na wszystko narzekają, marudzą, są nieustannie w złym humorze. Autorka wydaje się być w tym mistrzynią.

Książka, jak już wspominałam, to tytułowy codziennik. Prawdopodobnie skrzętnie spisywane przez autorkę wspomnienia nie miały ujrzeć światła dziennego i trafić jedynie do najbliższych. Stąd też pojawiają się w niej nawiązania do narzeczonego z Brazylii, planowanego ślubu, konieczności przerwania kariery naukowej. To kawałek jej życia, momentami osobistego i nie mającego związku z Chinami. Język „A suknię ślubną kupiłam w Suzhou” jest typowo pamiętnikowy, prosty i przypominający potoczną mowę. Tym czego najbardziej w książce brakowało jest osobista refleksja autorki, próba zrozumienia, zastanowienie się dlaczego i co wygląda tu tak, a nie inaczej.

Jak przyznałam na początku, nie była to dla mnie łatwa lektura. W tego rodzaju literaturze prawdopodobnie ważne jest, choć minimalne, dopasowanie charakterów autora i czytelnika. Bardzo ciężko zaakceptować podejście do świata, którego nie mamy i nie rozumiemy. Z pewnością jednak nie żałuję czasu, który poświęciłam tej książce. Wyprawa była trudna, ale zdecydowanie więcej podczas niej zyskałam, niż straciłam.

Milena Kwasek
(milena.kwasek@dlalejdis.pl)

Emilia Witkowska-Nery, A suknię ślubną kupiłam w Suzhou. Codziennik chiński, Gdynia, Novae Res, 2013



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat