Literatura faktu związana z zawodami powiązanymi z wykrywaniem i/lub popełnianiem przestępstw jest mi dość dobrze znana. Kiedy jednak człowiek ogranicza się do jednej dziedziny, z czasem można zapaść na ciężką postać aletojużbyłoizmu. Kiedy więc dostrzegłam możliwość zapoznania się z doświadczeniami kogoś, który wykonuje pracę innego typu, co więcej niemającą odpowiednika w polskich realiach, a dodatkowo książka zachęcała mnie z okładki słowami, że rozśmieszy mnie do łez, nabrałam przekonania, że taka odmiana dobrze mi zrobi.
Autor „Anty-społecznego” spędził dekadę w roli ASBO, „anti-social behaviour officera”, czyli kogoś, kto ma za zadanie zatroszczyć się o to, aby ludzie mieszkający w brytyjskich lokalach socjalnych zbytnio nie uprzykrzali sobie nawzajem egzystencji. Jak sam zaznacza „Zawód, który wykonywałem, powstał w dużej mierze (…) dlatego, że ludzie (…) mają okropne mechanizmy radzenia sobie ze stresem, ignorancją, rozpaczą i frustracją”.
W efekcie przelewają swoje złe odczucia na innych np. chlając, narkotyzując się i sikając na klatkach schodowych, hałasując, krzycząc i wyzywając, gromadząc nieludzkie ilości śmieci, bezpośrednio atakując fizycznie i psychicznie, czy zamieniając swe mieszkania w meliny narkotykowe albo miejsce uprawy konopi. W tym momencie do akcji wkracza Nick Pettigrew, który we współpracy z policją, sądem, urzędami m.in. zajmującymi się pomocą osobom uzależnionym, bądź chorym psychicznie stara się zrobić, co w jego mocy, aby ogarnąć sytuację. Równocześnie sam zmaga się z własnymi demonami, do których codzienne obowiązki dokładają niemałą cegiełkę.
Wydawać by się mogło, że podtytuł „Sekretny dziennik pracownika do spraw zachowań antyspołecznych” pozwoli nam poznać najgłębiej skrywane, najmroczniejsze albo przynajmniej mało poprawne politycznie przekonania naszego narratora. Mimo wybranej formy odniosłam jednak wrażenie, że bardziej skupiamy się na tym, co robił, niż tym, co o tym myślał (chyba, że mowa o ciągłych aluzjach i docinkach religijnych) i jakie to ostatecznie pociągnęło za sobą skutki. Sprawy, o których pisze, z czasem zaczynają tworzyć cykl smutnej, powtarzalnej rutyny. W efekcie dostajemy takie trochę „50 odcieni szarości”, w którym zmieniają się imiona i miejsca, a problemy pozostają te same. Przemycany tu i ówdzie czarny humor (najlepszy przykład to ogłoszenie o pracę dla dilera narkotyków) wbrew pozorom nie ma większego wpływu na ogólny przytłaczający obraz beznadziei, patologii i dramatów rozgrywających się w czterech ścianach.
W ostatecznym rozrachunku muszę stwierdzić, że nastawiałam się na coś może nie zupełnie innego, a z pewnością znacznie lżejszego i przystępniej opisanego. Nawet odkładając styl i tematykę na bok, ciągnące się stronami przypisy i wyjaśnienia skutecznie wybijały mnie z rytmu czytania. Nie twierdzę, że jest to pozycja beznadziejna, czy mało potrzebna - na pewno znajdzie swoje grono odbiorów, ale osobiście, gdybym miała podjąć decyzję o sięgnięciu po nią jeszcze raz, prawdopodobnie poszukałabym czegoś innego.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Nick Pettigrew, „Anty-społeczny”, Wydawnictwo Insignis, Kraków, 2021r.
Komentarze