„Antydepresanty” – recenzja

Recenzja książki „Antydepresanty”.
Artystka nie tylko w swoich piosenkach potrafi być szczera, może też pokazać, kim jest, wyrazić siebie pisząc książkę.

W połowie maja ukazała się książka „Antydepresanty” Marty Kosakowskiej. Marta jednym znana jest, jako piosenkarka, autorka tekstów występująca pod pseudonimem Marika, innym kojarzy się z uśmiechniętą dziewczyną z warkoczykami, która pojawiała się na ekranach ich telewizorów. Mi zdecydowanie z płytą Marta Kosakowska, a teraz z „Antydepresantami”.

To jest niezwykła książka, bo i sama Marta jest niezwykłą osobą. Z jednej strony można ją nazwać biografią, chodź nie ma tu suchych faktów z jej życia. Z drugiej można by powiedzieć opowieść. Tak, to będzie najwłaściwsza nazwa, bo Marta już od pierwszych kartek „Antydepresantów” opowiada nam o sobie.

O tym jak przebiegało jej dzieciństwo w domu w Łomży, co działo się na wakacjach dziadków, czemu miała tylko kolegów chłopaków, a dopiero później odkryła „dziewczyńskość”. Opisuje nieudaną próbę, jaką poniosła jej rodzina by zamieszkać w Ameryce i powrót taty po ponad dziesięciu latach nieobecności w Polsce do kraju i w pewien sposób do nich.

Marta żyje muzyką, więc i tego w książce zabraknąć nie mogło. Opowiada czytelnikom o tym, jak zaczęła się jej pasja, czego słuchała, jako nastolatka, jak to się stało, że Polska i ona zaczęła kochać reggae, dance hall i hip hop. Z dużą ciekawością czytałam o jej „podwójnym życiu”. Za dnia pracy, jako sekretarka u dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim, a wieczorami i w weekendy spędzała czas w klubach, w trasie, na koncertach.

Ale tytuł książki zobowiązuje i żeby nie było tak różowo, Marta pisze też o rzeczach przykrych. I to pisze niezwykle szczerze i przejmująco. Nie boi się mówić o swoim krótkim, 2-letnim małżeństwie, o rozwodzie, z którym przez długi czas nie mogła sobie poradzić. Przy tym wspiera słowem kobiety, prosi niejako by popatrzyły na swój związek z boku, z tej drugiej strony i jeżeli tkwią w czymś, co je nie zadowala, tłamsi i rani, rozważyły jego zakończenie. Marta opowiada o śmierci bliskich, z którą zetknęła się już, jako dziewczynka, a jako dorosła kobieta przeżywa ją jeszcze bardziej.

Dla mnie ta książka miejscami jest bardzo smutna, bo w tym, co Marta pisze czuć niesamowitą samotność. Taką samotność inną, bo odczuwaną przez człowieka posiadającego rodzinę, przyjaciół, znajomych.

„Antydepresanty” to też książka niezwykła. Każdy rozdział poprzeplatany jest tekstami piosenek Marty. Po jej przeczytaniu zdecydowanie rozumiem skąd takie, a nie inne słowa w nich zawarła. Skąd takie a nie inne tematy jej utworów.

Całość tego wydawnictwa wzbogacają filmy, które można obejrzeć, dzięki wykorzystaniu aplikacji Tap2c, gdyż jest to kolejna na polskim rynku książka multimedialna.

Debiutancką książkę Marty Kosakowskiej polecam nie tylko osobom, które ją znają. A wszystkim tym, którym potrzeba czegoś ciepłego, potrzeba bycia przytulonym. Bo te opowieści Marty jakoś tak przyjemnie otulają człowieka, nawet, gdy mówią o czymś nie do końca pogodnym i wesołym. Taka książka, prawdziwy antydepresant.

Anna Pytel
(anna.pytel@dlalejdis.pl)

Marta Marika Kosakowska, Antydepresanty, Edipresse Książki, 2016



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat