„Apetyt na życie” Mary Simses – recenzja

Recenzja książki „Apetyt na życie” Mary Simses.
Odkrywanie rodzinnych tajemnic często pokazuje, jak niewiele wiemy o naszych najbliższych. Bohaterka książki „Apetyt na życie” musi zmierzyć się z nie lada wyzwaniem.

Ellen od zawsze była blisko związana z babcią, która obudziła w niej pasję do fotografowania i nauczyła piec najlepsze na świecie muffinki z borówkami. Starsza pani chętnie udzielała życiowych lekcji swojej ukochanej wnuczce, dlatego gdy zmarła, Ellen postanowiła spełnić jej ostatnią wolę i dostarczyć tajemniczy list do adresata, który, jak się okazało, był ukochanym babci z czasów młodości. Zaskoczona odkryciem kobieta wyruszyła do odległego Beacon w stanie Maine, by osobiście poznać mężczyznę, o którego istnieniu dowiedziała się dopiero po śmierci ukochanej babci. Weekendowy wypad zmienił się jednak w tygodniowy pobyt, który zmienił życie wielu osób.

Nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, że główna bohaterka na miejscu wpadła w tarapaty, a uratował ją lokalny przystojniak Roy, na które nieustannie natykała się w kolejnych dniach, a który okazał się bratankiem zmarłego Cheta Cummingsa – adresata listu babci Ellen. Wspólne odkrywanie tajemnic najbliższych dodatkowo zbliżyło do siebie nieznajomych, między którymi jednak wywiązała się wyjątkowa więź. Niestety, fakt, że kobieta za kilka miesięcy ma zostać żoną niejakiego Haydena sprawił, że Roy zdecydował się zaniechać wszelkich awansów w stosunku do niejednokrotnie uratowanej mieszczanki. Dodatkowo ich relację skomplikował nieoczekiwany przyjazd narzeczonego bohaterki. „Na szczęście” ważne decyzje życiowe zostały podjęte, a Ellen zdecydowała się pójść „za głosem serca”. I wszystko kończy się „i żyli długo i szczęśliwie”. Koniec.

Schematyczność i przewidywalność tego typu powieści jest naprawdę, naprawdę nużąca. Nawet potencjalnie ciekawe historie są bardzo często masakrowane banalnością i naiwnością, a często „dramatyczne zwroty akcji” okazują się najbardziej przewidywalnymi ze wszystkich możliwych rozwiązań. W przypadku „Apetytu na życie” dodatkowo wykorzystano jakże odkrywczy motyw niespełnionej miłości przedstawicieli jednego pokolenia, która „odradza się” w uczuciu młodszych osób. No i te wszystkie „niesamowite zbiegi okoliczności” – że to mężczyzna, który ratuje tonącą kobietę okazuje się spadkobiercą zmarłego, że przypadkiem spotykają się w knajpie, że farma, na której mieli przed dekadami zamieszkać Ruth i Chet, jest „akurat” na sprzedaż… No i te szczypty dramatyzmu – w ostatniej chwili wyznanie miłości, wyznania „z głębi serca” na lokalnej scenie karaoke, odkrycia nieznanych obrazów…

Wielka szkoda, że Mary Simses nie darowała sobie ckliwego wątku miłosnego i nie weszła głębiej w historię babci, która, jak się okazało, była znakomitą malarką, o czym nie mieli pojęcia jej najbliżsi. Szukanie odpowiedzi na pytania o przeszłość ukochanej osoby mogłoby być o wiele ciekawsze niż wykorzystanie tego wątku tylko w charakterze pretekstu dla wciśnięcia do powieści romansu. Można odnieść wrażenie, że za dużo kwestii zostało upchniętych w tej niezbyt długiej powieści i przez to wiele z nich nie wykorzystano, nie wyciśnięto do końca. Chociażby rozmowy z dawną przyjaciółką babci Ruth mogły wnieść dużo więcej, bo niekończenie trzeba było przypisywać jej demencję.

„Apetyt na życie” to kolejna miałka i niezbyt ambitna książeczka, którą można przeczytać w wolnej chwili na plaży i o której można zapomnieć tydzień po urlopie. Niezbyt ambitna, lekka, przyjemna – taka, jak wiele bardzo podobnych książek.

M.A.G.
(mag@dlalejdis.pl)

Mary Simses, „Apetyt na życie”, Warszawa, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2016



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat