Auschwitz z własnej woli?

Recenzja książki „Człowiek, który wkradł się do Auschwitz”.
O obozach pisać wiele nie trzeba. Skala okrucieństwa przekracza zasób ludzkiego słownika, a wszelkie próby dokładnych opisów, choć budują świadomość, i tak nie oddają tragedii sytuacji i przeżyć.

A może właśnie dlatego o obozach pisać trzeba? Może taką obietnicę składali sami sobie świadkowie wydarzeń? Może niema historia opowiedziana dziś ludziom jest swoistym hołdem i aktem pamięci wobec współtowarzyszy? Bo jak pisze Avey: „Ciągle nas błagali, żebyśmy opowiedzieli światu co widzieliśmy, jeśli kiedykolwiek wrócimy do domów.”

Denis Avey obietnicy dotrzymuje. Choć w 1945 roku „nikt nie chciał słuchać”, w 2010 premier Gordon Brown powitał go przy 10 Downing Street, aby właśnie wysłuchać. Historii prostej, nieozdobionej, a zarazem tak złożonej. Poruszającej i szczerej. Historii człowieka, który z własnej, nieprzymuszonej woli wszedł do Auschwitz.

Avey należał do ludzi obdarzonych odwiecznym pędem duszy, który nie pozwala zasiedlić się w jednym miejscu, własnym grajdołku i tam przepędzać swój spokojny żywocik. Dlatego wielokrotnie, na łamach swojej książki, podkreśla, że wciąż czegoś szukał. Do armii zaciągnął się „dla piekła, dla przygody”, z przeświadczeniem o własnej niezniszczalności. Nie dla króla i dla ojczyzny, lecz dla samego siebie, żeby uspokoić własny temperament i potwierdzić powyższe. Było to 16 października 1939. Od tego czasu jego losy zmieniały się w jak w kalejdoskopie, od służby w Brygadzie Strzelców w Liverpoolu, przez Dywizjon Pancerny w Afryce, na włoskiej niewoli kończąc. Bez względu na miejsce zawsze miał nieodłącznego towarzysza. Śmierć, która była tak blisko, że wypierała z codziennego rytuału wszystkie rzeczy, które dziś go budują. Wciąż brakowało chleba, wody, żołnierze umierali, czy to z wycieńczenia, przez malarię, czy trafieni granatem. Czasem była to mina, czasem termosowa bomba.

Avey przeszedł przez wiele obozów, których nawet nie jest w stanie wymienić po kolei. W Oświęcimiu pracował w koncernie IG Farben, który to miał służyć do produkcji buny, czyli syntetycznego kauczuku na potrzeby hitlerowskiego wojska, a który faktycznie zajmował się budową obozów. Do Auschwitz wszedł w połowie 1944. Jak sam pisze:
„Wiedziałem, że więźniowie Auschwitz są traktowani gorzej niż zwierzęta. Nie wiedziałem wtedy, czym były te różne żydowskie obozy. Nie wiedziałem, że leżący na zachód Auschwitz I był okrutnym obozem zagłady – ale tylko do czasu, gdy jeszcze dalej na zachód zbudowano Auschwitz-Birkenau, obóz, który zmienił definicję mordu na skalę przemysłową. (…) Wiedziałem natomiast, że Żydzi są zabijani na moich oczach, a tych, których nie mogą już pracować, bo są za słabi, czeka eksterminacja. Kiedy spoglądałem w twarze żydowskich więźniów o wychudłych policzkach i ciemnych, zapadniętych oczach, miałem wrażenie, że nie ma w nich już nic, że wszystkie uczucia i emocje w nich wypalono. Musiałem sam zobaczyć, co tam się dzieje. Musiałem się tam znaleźć.”

Takich przejmujących cytatów mogłabym przytoczyć wiele. Jak choćby ten, który Auschwitz porównuje do piekła, gdzie nie ma trawy, zieleni. Gdzie zimą wszystko przykrywa błoto, a latem wszystko ginie w kurzu. Miejsce, które opuściła przyroda. Avey pisze o wszystkim tak prosto. Pojedynczymi zdaniami, jakby urwanymi w braku odpowiedniej sekwencji wspomnień. Mimo wszystko obraz jest pełen. Pokazuje chwile grozy, kiedy umiera jego przyjaciel i chwile pociechy, odskoczni od szarego dnia, kiedy chłopaki przechwytują ciężarówkę pełną włoskich pieniędzy i kupują knajpę na środku pustyni.

Książka pokazuje metamorfozę człowieka w wojennych realiach, gdzie własne ja jest priorytetem każdej przeklętej godziny ze śmiercią przy boku. Gdzie oddech westchnienia, że tym razem przeżyłem, pomieszany jest z płaczem, bo zginął ktoś bliski. Pojedyncze elementy świata przedstawionego przenoszą nas w kolejne miejsca, potęgując koszmar poprzedniej strony.

Przy zmianie tła wydarzeń na obóz to, co pisze Avey staje się piękną antytezą nałkowskiej przykrości, że „to ludzie ludziom zgotowali ten los”. W tym pamiętniku, to ludzie, których przystoi nazwać bohaterami, próbują ów los łagodzić. To właśnie w akcie pomocy angielski jeniec dokonuje Umtausch, czyli zamiany i przebrany w workowaty strój więźnia wchodzi do obozu. To właśnie „wielu chłopaków robiło dla pasiastych, co tylko się dało i, gdy tylko mogli, podrzucali im papierosy i jedzenie. (…) Dobroć i hojność ujawniała się jednak nie tylko u tych, którzy mieli szczęście w cywilu.”

Myślę, że chęć pokazania inicjatywy i niezgody na ludzką krzywdę jest pierwszym, prócz dziesiątek innych bodźców, które do tej książki powinny zachęcić. Ponieważ „żeby zło mogło triumfować, wystarczy, że sprawiedliwi nie będą nic robić”.

Natalia Kędziak
(natalia.kedziak@dlalejdis.pl)

Denis Avey, Rob Broomby, „Człowiek, który wkradł się do Auschwitz”, Insignis 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat