Banalna historia o miłości, jak to w przypadku harlequinów bywa. Po kilkudziesięciu stronach wiadomo już kto z kim i dlaczego. Pozostała część książki to zanudzanie czytelnika. Poza kilkoma wyjątkami, które można policzyć na palcach jednej dłoni, akcji brak. W zamian za to panuje typowa dla harlequinów sielanka. Wszystko jest cacy, a jak komuś przytrafi się coś niemiłego, to i tak wiadomo, że na koniec przewidziany jest happy end.
„Letnie przesilenie” to opowieść o czterech przyjaciółkach, mających diametralnie odmienne problemy. Podczas randki, Cassie niemalże zostaje zgwałcona. Z opresji ratuje ją Walt – dobrze zbudowany, ubrany w skórę, długowłosy motocyklista. Czy ten harley’owiec stanie się dla niej kimś więcej niż wybawcą? Szczególnie, że kobieta ma dziwne poglądy, jak na osobę dojrzałą – jej kryterium wyboru partnera zawęża się do zawodu. Nie w głowie jej żaden biznesmen, aktor czy pilot, ale po prostu strażak lub ratownik medyczny…
Kolejną przyjaciółką jest Julie, której z mężem układa się tak dobrze, że wciąż zaliczają „wpadki”, nawet mimo wprowadzonej spirali. Jedyna szansę dla zahamowania powiększania rodziny jest wazektomia, ale czy Billy, mąż Julie, zdecyduje się na nią? Jedno jest pewne, kolejne dziecko, oznacza dla nich bankructwo. W kwestiach materialnych wiedzie im się zdecydowanie gorzej niż w zaciszu sypialni.
Marta z kolei nie narzeka na brak gotówki, ale wciąż kłoci się z mężem. O co? O to, że się nie myje i nie goli, że od niego śmierdzi, za to uwielbia swoja przyczepę kempingową, o którą dba aż do przesady. Czy oddzielne łóżko i groza rozwodu podziałają na Joe’go jak niekoniecznie zimny, ale jakże potrzebny mu prysznic?
Ostatnią przyjaciółką jest Beth – poważnie chora lekarka. Któż mógłby jej pomóc i zaakceptować jej zmienione przez operacje ciało, jak nie jej… lekarz. Cóż, takie historie zarezerwowane są tylko dla książek.
Nie ma to jak przenieść się w świat bajek dla nieco starszych, gdzie wszystko jest możliwe i dobro zawsze zwycięża. Idealni ludzie i ideale zakończenia to kwintesencja tego rodzaju literatury. Jeśli chce się przenieść do idealnego świata, to można pokusić się o przeczytanie „Letniego przesilenia”. Ostrzegam jednak przed występującymi w książce dialogami, które rażą tandetą do granic możliwości. Mogą one nie przypaść do gustu nawet najbardziej zagorzałym zwolenniczkom harlequinów.
Iwona Bujak
(iwona.bujak@dlalejdis.pl)
Robyn Carr, „Letnie przesilenie”, Harlequin Enterprises, Warszawa 2011
Komentarze