„Bardzo długie popołudnie” – recenzja

Recenzja książki „Bardzo długie popołudnie”.
Co się kryje za piękną fasadą?

Taka była moja pierwsza myśl, gdy zobaczyłam okładkę „Bardzo długiego popołudnia” i w zasadzie taki właśnie jest temat przewodni książki. Zagadka kryminalna, nawiasem mówiąc banalnie łatwa do rozgryzienia, jest tutaj wyłącznie punktem wyjścia do odmalowania portretu amerykańskiego społeczeństwa z końcówki lat 50. Sędziwi emeryci mogą je wspominać z rozrzewnieniem, ale czy rzeczywiście była to tak cudowna epoka dla kogoś, kto miał pecha i nie urodził się WASP-em?

Trwa upalne lato na kalifornijskim osiedlu Sunnylakes. Wszystko jest tak, jak według wielu być powinno. Mężczyźni chodzą do pracy, ich żony doglądają pociech, automatyczne zraszacze pilnują, aby trawa zawsze była co najmniej równie zielona, jak u sąsiada, a czarnoskóra siła robocza tyra w pocie czoła za głodową stawkę, aby rezydencje pracodawców prezentowały się nieskazitelnie. Pewnego dnia ten porządek zostaje zburzony. Pomoc domowa Ruby Wright odkrywa, że zatrudniająca ją Joyce Haney zniknęła i została po niej tylko plama krwi na kuchennej podłodze. Sprawą zajmuje się świeżo przeniesiony z drugiego końca kraju detektyw Mick Blanke.

Rozdziały są podzielone między wyżej wymienione postaci, przy czym te pisane z perspektywy Joyce są chronologicznymi retrospekcjami. Otrzymujemy więc głos białego, choć nieco łamiącego stereotypy, mężczyzny w średnim wieku, młodej Afroamerykanki i sytuującej się wiekiem gdzieś pomiędzy białej mężatki z dziećmi. Z tej trójki moim zdaniem najciekawiej prezentuje się Ruby, która potrafi być zarówno silna i ścierająca się z ustalonym porządkiem, a jednocześnie ambitna, wrażliwa i złakniona uczuć. Mick to ni mniej, ni więcej kolejny policjant lubiący naginać reguły gry, a Joyce, prawdę mówiąc, przez większość czasu mnie irytowała, a już szczególnie, gdy… rymowała. Nie wiem, czy był to zamierzony efekt, ale od początku miałam wrażenie, że coś jest z nią nie tak.

Jak wspomniałam wyżej, wskazanie sprawcy nie nastręcza większych problemów, przy czym wyjaśnienie motywu stanowi moim zdaniem dość ciekawy paradoks, biorąc pod uwagę, że powieść wyraźnie, żeby nie powiedzieć nachalnie, celowała w feministyczne klimaty. Być może wynika to z faktu, iż autorka, z pochodzenia Niemka, o realiach życia w zupełnie innym kraju w zupełnie innej dekadzie mogła co najwyżej przeczytać. Wiarygodne oddanie ich skomplikowanego ducha przy jednoczesnym kombinowaniu, w którą stronę można jeszcze zwieść wyjątkowo niedomyślnego czytelnika, okazało się po prostu zbyt dużym wyzwaniem dla kogoś, kto w pisaniu stawia pierwsze kroki.

Wracając do postawionego na wstępie pytania, pod cudowną, utrzymaną w stylistyce retro okładką znajdziemy moim zdaniem pozornie zagmatwany wątek kryminalny i nie do końca przekonująco przedstawione nierówności rasowe i społeczne. Lektura „Bardzo długiego popołudnia” nie wciągnęła mnie na tyle, ile bym chciała, miejscami wręcz dłużyła (szczególnie ostatnie rozdziały), ale myślę, że dla kogoś, kto tęskni za atmosferą serialu „Mad Men” lub zwyczajnie szuka prostej historii na leżak, będzie w sam raz.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Inga Vesper, „Bardzo długie popołudnie”, Wydawnictwo Słowne, Warszawa, 2021r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat