„Bardzo długie przebudzenie” - recenzja

Recenzja książki „Bardzo długie przebudzenie”.
Czy w świecie zdominowanym przez literacki pośpiech można znaleźć przestrzeń na niespieszne smakowanie opowieści? Ta wyjątkowa, wielowarstwowa proza udowadnia, że prawdziwy relaks wymaga od nas głębokiego skupienia.

Kiedy dziesięć lat temu po raz pierwszy sięgnęłam po tę powieść, nie przypuszczałam, jak trwale zapisze się ona w mojej pamięci. Powrót do niej po dekadzie okazał się przyjemnym doświadczeniem, a ponowna lektura tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest to pozycja nietuzinkowa. Autorka zaprasza nas do świata, w który trzeba wejść bez pośpiechu, wczuć się w jego unikalny rytm i zanurzyć bez reszty. Nie zawsze udaje się to zrobić z marszu, jednak pod żadnym pozorem nie należy się zniechęcać. Do tej książki trzeba podejść z pełnym spokojem, najlepiej w momencie, gdy dysponujemy wolnym czasem, który pozwala na niespieszne celebrowanie kolejnych stron. W dzisiejszych czasach, kiedy tak łatwo o wszechobecny stres i przebodźcowanie, potrzebowałam dokładnie takiej lektury. Wymagała ona ode mnie maksymalnej koncentracji, co paradoksalnie przyniosło mi głębokie ukojenie i upragniony relaks.

Konstrukcja fabularna opiera się na opowieści w opowieści i toczy się dwutorowo. Pierwszy plan, osadzony w teraźniejszości, to rozmowy trójki pacjentów w prywatnej klinice psychiatrycznej. To tam losy ekscentrycznej pisarki Aurelii, prywatnego detektywa Rajmunda oraz zbuntowanej nastolatki Inez splatają się w ramach nietypowej terapii. Drugi tor, stanowiący serce książki, to snuta przez dziewczynę opowieść o Magnolii – pensjonacie w dalekich Bieszczadach, wokół którego tętni życie lokalnej społeczności. To bieszczadzkie uniwersum potrafi zachwycić swoim klimatem, będąc miejscem bezwarunkowej przyjaźni i małych cudów, ale też areną skomplikowanych, pełnych tajemnic wydarzeń i ludzkich dramatów zapoczątkowanych nagłym zniknięciem zjawiskowej Beaty i zagubieniem jej narzeczonego – Daniela.

Przyznam, że momentami natłok barwnych, wręcz surrealistycznych postaci sprawiał, że odrobinę ciężko było mi nadążyć za wszystkimi wątkami, a osobiście nie do końca lubię taki nadmiar w literaturze. „Bardzo długie przebudzenie” zdecydowanie można czytać bez znajomości poprzednich odsłon cyklu, jednak czuję, że lektura dwóch pierwszych tomów z pewnością pomogłaby mi lepiej poruszać się w meandrach przeszłości niektórych bohaterów. Te dawne historie, choć wspomniane tutaj jedynie zdawkowo, stanowią przecież stelaż całej konstrukcji i są kluczem do pełnego zrozumienia bieszczadzkiej społeczności. Żałuję, że przez minione lata nie nadrobiłam tych zaległości, co teraz zamierzam, jak najszybciej zrobić.

Warto podkreślić, że nie jest to powieść, którą czyta się dla poznania linearnej fabuły od punktu A do punktu Z. Kluczem do jej docenienia są mistrzowsko rozpisane dialogi oraz głęboka prawda ukryta dyskretnie między wersami. Autorka dotyka kwestii moralności, ludzkich postaw i uniwersalnych idei. Jeśli ktoś oczekuje jedynie prostej i dynamicznej akcji, ta powieść może go momentami nużyć lub wydawać się zbyt monotonna. Dla mnie jednak jest to urokliwa historia, do której z pewnością jeszcze kiedyś wrócę.

Joanna Adamski

Grażyna Jeromin-Gałuszka, „Bardzo długie przebudzenie”, Prószyński i S-ka, Warszawa, 2026.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat