Nefertari de Vesci zajmuje się poszukiwaniem zaginionych dzieł sztuki i zwracaniem ich właścicielom. Mimo swojego młodego wieku może już poszczycić się licznymi sukcesami, które uczyniły z niej osobę w pewnych kręgach popularną. Tari (bo takiego zdrobnienia używa) nie wiedzie jednak szalonego życia. Z wyjątkiem sytuacji zawodowych, cały swój czas najchętniej spędzałaby w domu, z ciężko chorym starszym bratem. Tylko on pozostał jej z grona najbliższej rodziny i wizja jego utraty jest dla dziewczyny bardzo ciężka. Niezwykle inteligenty, oczytany Malachi stanowi jednocześnie bardzo silne wsparcie w pracy zawodowej Tari. Nikt tak jak on nie potrafi łączyć faktów czy znajdować odniesień w antycznym świecie. I to właśnie troska o brata, chęć zatrzymania go przy życiu jak najdłużej sprawiły, że Tari przyjęła zlecenie, którego zapewne nie należało przyjmować. Kto jednak odmówiłby, gdy w jej domu pojawił się sam Anioł Śmierci prosząc o pomoc?
Bardzo ciekawie wykreowany został świat w „Berle światła”. Jako że fantasy czytam bardzo mało, mogę (kierując się własnym doświadczeniem) stwierdzić, że jest to całkiem niezła pozycja na dla osób mniej zaawansowanych w tematyce. Koncept Marah Woolf opiera się na tym, że mamy współczesny świat, w którym (po zatopieniu Atlantydy) współistnieją ze sobą ludzie i Nieśmiertelni. Do tej szerokiej grupy zaliczają się przedstawiciele wielu religii. Mamy tu więc postacie znane z religii chrześcijańskiej, islamskiej, hinduistycznej, mitologii egipskiej. Wszystkie one tworzą spójny świat, oparty na hierarchii i różnych rolach. Jednocześnie, funkcjonując na Ziemi, bogowie maskują się na tyle skutecznie, że większość ludzi nie jest w stanie ich zidentyfikować.
„Berło światła” stanowi pierwszą część trylogii „Kroniki Atlantydy”, zbudowanej wokół trzech przedmiotów koniecznych do odrodzenia Atlantydy. Artefakty te przed wieloma laty zostały gdzieś ukryte. Oczywiście, jako że posiadanie ich wiąże się z władza, zainteresowanych odnalezieniem ich jest spore grono postaci.
Czytając ten pierwszy tom muszę przyznać, że miałam dość mieszane uczucia. Z jednej strony spodobał mi się wykreowany przez autorkę świat. Także sposób narracji (fabułę śledzimy naprzemiennie z perspektywy Taris i Azraela, anioła śmierci) był dobrze zaplanowany. „Berło światła” jak przystało na książkę dedykowaną osobom sięgającym po literaturę young adult, napisana jest lekkim językiem. Dzięki temu zagłębiamy się w tę opowieść, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, ile już stron za nami.
Z drugiej jednak strony muszę przyznać, że ta historia mnie nie porwała. Pierwsze 120 stron wydawało mi się jakby wstępem do właściwej opowieści, później niestety (mimo chwilowego poruszenia) wcale nie było lepiej. Nie przekonała mnie relacja łącząca naszą dwójkę głównych bohaterów (jak dla mnie – jednak dość toksyczna, oparta na kłamstwie i pozbawiona chemii), wydarzenia, które z założenia zapewne miały budować napięcie, pokazywać powagę sytuacji, nie wywoływały we mnie absolutnie żadnych emocji, wręcz mam wrażenie, że zanim się ledwo pojawiły, już znikały.
„Berło światła” ma w sobie wiele z typowych dla gatunku schematów fabularnych, tak więc jest to z pewnością jeszcze jeden powód, dla którego lepiej będzie się na nim bawił czytelnik mniej doświadczony.
Mimo tego, że historia opowiedziana przez Marah Woolf nie do końca do mnie przemówiła, wydaje mi się, że książka (a wraz z nią cała seria) ma szansę zyskać wielu fanów. Mimo wszystko przyjemnie spędza się z nią czas.
AP
(biuro@dlalejdis.pl)
Marah Woolf, "Berło światła", Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2022
Komentarze