„Bez słowa” to druga w dorobku, ale pierwsza wydana w Polsce książka Kate McQuaile. Sądząc po zarysach pozostałych pozycji („What She Never Told Me” i „Broken Flowers”), autorka wyraźnie upodobała sobie tematykę rodzinnych sekretów i powrotów do miejsc, w których spędzało się dzieciństwo i okres dorastania, ale które z różnych względów traktowało się jako zamknięty rozdział życia.
Tak też myślała Orla Breslin. Do czasu, gdy pewnego wieczoru umówiła się ze swą długoletnią przyjaciółką Lillian na rozmowę na Skypie. Pogaduszki przerywa pojawianie się pod drzwiami gościa, Lillian wychodzi z pokoju i już nie wraca, a pomieszczenie staje w płomieniach. Przerażona Orla dostrzega w ogniu płonącą sylwetkę. Czy to była Lillian? Co tak naprawdę się wydarzyło?
Chcąc, nie chcąc, Orla bierze urlop i wraca do rodzinnej miejscowości Ardgreeney. Policyjne śledztwo nie przynosi jednak żadnych rezultatów. Główny podejrzany, czyli chłopak dziewczyny Aidan ma solidne alibi, więc po miesiącu sprawa zaginięcia schodzi na dalszy plan. 10 lat później lokalny policjant Ned zaczyna otrzymywać anonimy sugerujące, że popełnił błąd w śledztwie, a Orla na dobre porzuca londyńską posadę, aby wraz z partnerem Jamesem rozkręcić w Ardgreeney biznes. Mimo upływu lat traumatyczne wspomnienia wciąż nie dają jej spokoju. Prawda na temat tego, co stało się z Lillian musi w końcu wyjść na jaw.
Książka Kate McQuaile jest nietypowa z dwóch powiązanych z sobą powodów. Pierwszy jest taki, że wątek główny poza intrygującym początkiem wypada znacznie gorzej od pobocznego, czyli prywatnych problemów i demonów przeszłości Neda. Kiedy czytałam jego rozdziały wszystko wypadło lepiej, żywiej, bardziej ludzko i zwyczajnie ciekawiej. Kiedy wracaliśmy do Orli, chwilami czułam, że kręcimy się w kółko, mam wszystkich bohaterów dosyć, a opowieść skręca w żałosne, harlequinowe klimaty.
Co za tym idzie powieść wypada znacznie lepiej jako podszyty nutą napięcia dramat niż jako gatunek, do którego została zaklasyfikowana, przez co raczej ciężko ją ocenić. Jako kryminał za mało tu tropów, podejrzanych i zwrotów akcji, jako obyczajówka wypada dobrze tylko z racji ratującego sytuację Neda. Poczciwego, choć niepozbawionego wad mężczyznę naprawdę da się lubić, a historia dotycząca jego dojrzewania w cieniu niewyjaśnionego zniknięcia matki jest dobrze zarysowana i poruszająca. Może całość wypadłaby lepiej, gdyby to on otrzymał w niej główną rolę, a Orla tylko epizodyczną? Tego już się nie dowiemy, bo autorka zdecydowała inaczej.
„Bez słowa” to przystępnie napisana opowieść o stracie, która może rzutować na całe życie. Nie jest to jednak książka dla fanów pełnokrwistych opowieści z dreszczykiem, a raczej osób preferujących spokojniejsze pozycje z nutą tajemnic i małomiasteczkowej atmosfery.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Kate McQuaile, „Bez słowa”, Warszawa, Wydawnictwo Harde, 2020 r.
Komentarze