"Biblia diabła" - recenzja

Recenzja książki "Biblia diabła".
„Najgorszy był ból, który palił ją od wewnątrz. Gorycz"

O wielu rzeczach decyduje przypadek. Oto bowiem dziennikarka lokalnej gazety, Paulina Weber, zostaje wysłana na protest kobiet, z którego ma napisać relację. Przypadek sprawia, że staje pod niewłaściwym hasłem, co wzbudza furię wśród prawicowych przeciwników marszu. Kończy się pobiciem.

Jednak protest kobiet i agresywna reakcja przeciwników jest w „Biblii diabła" jedynie współczesną wersją tego, co kilka stuleci wcześniej było nazywane polowaniem na czarownice. W tej historii przewinie się kilka całkiem znanych w okolicach Szczecina i Wolina postaci. Oczywiście będą to kobiety, które pod pozorem "uprawiania czarów" były mordowane na pokazowych procesach. Współcześnie mówi się, że były to zielarki, położne i kobiety, które posiadały jakąś wiedzę medyczną. Tymczasem niejednokrotnie polowanie na nie było spowodowane tylko chęcią przejęcia majątku.

Czarownice współczesne i te sprzed stuleci nie są jedynym wątkiem poruszanym przez autora, który wyśle czytelników w niejedną podróż historyczną. Szczególnie ważny będzie wątek wyjazdu pod osłoną nocy właścicieli pewnego pałacu, którzy w marcu 1945 roku zdecydowali się opuścić mało przyjazne okolice, chroniąc swoje życie i majątek przed Sowietami. Życie udało się uratować, majątek - nie do końca. I właśnie poszukiwanie skarbu, który miał być wywieziony do Niemiec, ale jednak został ukryty gdzieś na wyspie Wolin, staje się obsesją klientów architekta Igora Fleminga, jego samego oraz jego przyjaciół, którzy pod przykrywką pomiarów architektonicznych rozpoczną własne śledztwo. W tym gronie pojawi się również nasza dziennikarka.

Współcześni poszukiwacze skarbów - zarówno zawodowcy, jak i amatorzy - szukają ukrytych pamiątek z różnych powodów. Dla amatorów to możliwość szybkiego wzbogacenia, choć nie do końca zgodnego z prawem. Zawodowcy z kolei robią to raczej dla satysfakcji, ale to właśnie oni potrafią odkryć cenne znaleziska w mało oczywistych miejscach.

Mylą się ci, którzy oczekują, że poszukiwanie skarbów wyczerpuje fabułę. Na sytuację w okolicy wpływa także seria zabójstw, które wyglądają na rytualne mordy na kobietach. Łączy je nie tylko płeć ofiar, ale również pewne, dość specyficzne szczegóły, które budzą lęk opinii publicznej. Pojawia się chęć i potrzeba znalezienia jakichś jeszcze wspólnych mianowników, które pozwolą połączyć ofiary.

Leszek Herman stworzył książkę (nie księgę), w  której zabiera swoich czytelników do pasjonującego świata historii Pomorza Zachodniego. Klątwy, nieznane postacie, ale i wydarzenia (bo przecież w Polsce oficjalnie żadnego prześladowania kobiet i polowania na czarownice nie było), to jedynie kilka powodów dla których po tę książkę warto sięgnąć. Miłośnicy historii bardziej współczesnych staną przed nie lada wyzwaniem, gdy będą układać poszczególne elementy układanki opowiadającej o ostatnich losach pewnego załadunku, o którym wiadomo tylko tyle, że opuścił bramy pałacu. Pojawiające się sylwetki żołnierzy sowieckich pozwalają na luźne skojarzenie tego zdarzenia z wieloma podobnymi, z poszukiwaniem Bursztynowej Komnaty włącznie. Historia nie jest jednak statyczna, zatem z perspektywy czytelnika każdy z wątków, także tych sprzed stuleci, będzie ważny i istotny dla fabuły, która wciąga.

A gdzie w tym wszystkim "Biblia diabła"? No, cóż. Gdzieś. W końcu to skarb, którego jednak nikt formalnie nie poszukuje.

Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)

Leszek Herman, "Biblia diabła", MUZA, Warszawa 2018



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat