Lata pięćdziesiąte, typowe amerykańskie przedmieścia, początek wakacji. Do tego typowe dzieciaki z sąsiedztwa – wolne, szczere i badające granice, które wyznacza dzieciństwo. A wśród nich David, narrator książki, który zakochuje się pierwszą młodzieńczą miłością w dziewczynie, która odmieniła jego życie i wyryła się w pamięci na zawsze. Taki obrazek jawi nam się na pierwszych stronach „Dziewczyny z sąsiedztwa”. Jednak ci, którzy czytali wcześniej Jacka Ketchuma wiedzą, że to nie ta część książki będzie powracała w najmroczniejszych snach.
David cały swój wolny czas spędza z paczką dzieciaków. To jego sposób na ucieczkę z domu, w którym atmosfera jest dość przytłaczająca. Chłopiec najbardziej lubi wizyty w domu Ruth, matki jego przyjaciela, która jest inna niż wszyscy dorośli. Ruth, samotnie wychowująca trzech synów, traktuje chłopców niemal jak równorzędnych partnerów – opowiada im pikantne historyjki ze swojego życia, częstuje piwem, pozwala na dużą swobodę, a dzieciaki ją za to ubóstwiają. Gdy do domu Ruth wprowadzają się dwie dziewczynki: Meg i jej młodsza, niepełnosprawna siostra, Ruth rozpoczyna niebezpieczną grę, która w konsekwencji musi doprowadzić do tragedii, gdzie bardzo ważną rolę odegra ludzka bierność i bezsilność.
„Dziewczynę z sąsiedztwa” czyta się z wyrazem niedowierzenia na twarzy. Każda kolejna strona to dawka okrucieństwa i perfidii w najczystszej postaci. I choć po pewnym czasie chce się powiedzieć: „stop! to jest zbyt nierealne”, to zaraz potem nasuwa się refleksja, że akcja książki dzieje się w latach 50., kiedy o wielu sprawach po prostu nie mówiło się głośno dla własnej wygody, a po drugie nawet dziś media od czasu do czasu informują o podobnych historiach.
Mam jedno zasadnicze „ale” do „Dziewczyny z sąsiedztwa” i przestrogę dla przyszłych czytelników jednocześnie. Jeśli chcecie w pełni dać się pochłonąć mrocznej opowieści Davida, nie czytajcie wstępu autorstwa Stephena Kinga. A przynajmniej nie czytajcie go na początku. Wstęp, który powinien jedynie podkręcić temperaturę książki, podnieść napięcie, zachęcić do lektury, zdradza w moim odczuciu stanowczo zbyt dużo. Przez to też, czytając potem powieść Ketchuma, brakuje (jakże ważnego w powieściach grozy) elementu zaskoczenia. Zachęcam więc do zapoznania się ze wstępem Stephena Kinga już po przeczytaniu „Dziewczyny z sąsiedztwa”.
Książka ta z pewnością zrobi piorunujące wrażenie na tych, dla których „Dziewczyna z sąsiedztwa” będzie pierwszym spotkaniem z twórczością Jacka Ketchuma. Uważam jednak, że także ci, którzy mieli już okazję poznać bliżej jego charakterystyczny styl i budowane napięcie, nie będą rozczarowani, bowiem Ketchum serwuje swoim czytelnikom prawdziwą ucztę szaleństwa, pierwotnych instynktów i tej ciemnej, niechętnie oglądanej, strony każdego człowieka.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Jack Ketchum „Dziewczyna z sąsiedztwa”, Papierowy Księżyc, Słupsk 2011
Komentarze