Agent Pendergast pochodzi z szanowanej rodziny o nowoorleańskich korzeniach. Nie wszyscy jego przodkowie dorobili się fortuny w sposób zgodny z moralnością i prawem. Rzucony na pastwę dziejów i nienawiści swojego starszego syna agent FBI stanie przed wyzwaniem, które okaże się ponad jego siły. Czy grupa przyjaciół walcząca z własnymi problemami i przeżyciami będzie w stanie mu pomóc? Czy prowadzone przez zaprzyjaźnionego policjanta śledztwo będzie mieć związek z tą sprawą? W końcu – czy śmierć syna obudzi w agencie uczucia, które pozwolą uwierzyć w przemianę, jaką potomek przeszedł tuż przed śmiercią?
„Błękitny labirynt” stawia przed czytelnikiem sporo pytań – i to pytań w stylu Prestona i Childa. Jednocześnie, książka ta jest nieco inna niż dotychczasowe lektury opowiadające o życiu tajemniczego agenta FBI. Choć nadal zostaje on na pierwszym planie, część fantastyczności jego przeżyć zostaje odarta z otoczki magii, a sam agent musi zdać się na umiejętności ludzi, którym bliski jest jego los. Każdy uważny czytelnik jednak będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bohater faktycznie umie zdać się na kogoś – a także, czy los pozwoli mu o tym decydować.
Ciekawie rozbudowywany i kontynuowany jest w książce wątek historyczny, a może raczej – genealogiczny. Pokazuje on proste, życiowe prawdy, na przykład o tym, jak bardzo grzechy dziadków mogą wpłynąć na życie kolejnych pokoleń – i jak bardzo jest to niesprawiedliwy osąd. Z uwagi na ten fakt książka niesie za sobą przesłanie, z którym powinien zapoznać się każdy człowiek na świecie: czy faktycznie prywatne decyzje przodków, nawet te złe, powinny decydować o odebraniu życia potomkom, których w tamtych czasach nie było nawet na świecie.
Krótko pozwolę sobie wspomnieć o postaci, która mnie wręcz oczarowuje już od kilku tomów z tej serii – czyli Constance Greene. Postać, która kryje w sobie wiele tajemnic i z pozoru jest wierną, kobiecą kopią swojego mistrza, Pendergasta – w rzeczywistości przekształca się z gąsienicy w barwnego motyla. Nie miałabym za złe, gdyby to właśnie ona miała większy udział w losach tajemniczego agenta.
Z wielu powodów trudno mi – zagorzałej fance tej serii – porównać „Błękitny labirynt” do poprzednich książek. Z jednej strony zawiodło mnie (co prawda celowe) ubezwłasnowolnienie bohatera przez autorów. Z drugiej strony, pozwoliło to wykazać się dodatkowym postaciom, na przykład tajemniczej wychowance Pendergasta, Constance Greene. Zachwycający i fascynujący jest też wątek miłosny, którego zwykle brakowało w poprzednich powieściach – a który, zgodnie z konwencją, nie rozwiązuje się do końca i pozostaje na granicy ukrycia i cierpienia. Niezależnie jednak od trudności w ocenie, „Błękitny labirynt” mogę polecić wszystkim, którzy w książce szukają czegoś więcej niż wartka akcja i rozbudowane postacie.
Paulina Grzybowska
(paulina.grzybowska@dlalejdis.pl)
Douglas Preston, Lincoln Child, „Błękitny labirynt”, Warszawa, Wyd. Burda, 2015
Komentarze