Może wtedy szybciej sięgnęłabym po jego książki, szybciej poznała unikalny klimat i specyficzne, często groteskowe, poczucie humoru.
Autor po wizycie w szpitalu i usłyszeniu od pielęgniarki jakże intrygującego pytania, czy odnalazł już SWOJEGO Boga, postanawia odpowiedzieć na odwieczne pytanie ludzkości: czy w ogóle jest jakiś Bóg. A jeśli tak, to jaki on jest i która religia jest najlepsza?
Jako że nasz bohater lubi doznania empiryczne, wybiera spośród miliona religii osiem i im postanawia przyjrzeć się bliżej. Weiner testuje więc: sufizm, franciszkanizm, kabałę, buddyzm, taoizm, realianizm, szamanizm i wikkanizm. Żeby nie być gołosłownym, autor jedzie między innymi do Nepalu, Turcji czy Chin, żeby dogłębnie i na własnej skórze poznać kolejne wyznania.
Mam wrażenie, że ta książka jest niezwykle osobista. Wiele tu wątków poświęconych życiu codziennemu bohatera: dzieciom, kobietom. I tak wiele mamy tutaj anegdotek i trafnych spostrzeżeń dotyczących małej córeczki Weinera, wiele rozmyślań o roli religii w wychowaniu dziecka.
Ale niech nikt się nie martwi. Nie jest to – broń Boże – książka, która ma nas nawrócić czy pokazać jedyną słuszną drogę. Nie. To raczej krótka relacja z poszukiwań i poznawania nowych kultur. Bo właśnie mam wrażenie, że czasem kultura, a nie sama religia, wysuwa się na pierwszy plan.
Muszę przyznać, że Weiner napisał książkę, która niezmiernie mi się podobała. Niezmiernie pasowało mi groteskowo – ironiczne poczucie humoru i nienachalne oraz trochę niezauważalne przekazywanie elementarnej wiedzy o religiach.
Autor odkrywa, ze religia to nie zbiór reguł, formułek i zakazo – nakazów. Religia to coś, co zdecydowanie w życiu pomaga i robi je bardziej znośnym. Nie ważne, jaka ona będzie. Ważne, że jest w ogóle.
Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)
Eric Weiner, „Poznam sympatycznego Boga”, Carta Blanca 2012
Komentarze