Bolesne poszukiwanie prawdy o sobie

Recenzja książki „Mam na imię Victoria. Zaginione dzieci Argentyny”.
Poruszająca i szokująca historia Argentyny, z najczarniejszego okresu lat 70 i 80-tych, opowiedziana przez młodą kobietę, która dotkliwie odczuła metody reżimu.

Historia życia Victorii Dondy, to doskonały materiał na książkę. Decydując się na publikację, musiała ona jednak wykazać się nie lada odwagą, by zmierzyć się z przeszłością nie tylko swoją, ale też i kraju, w którym na przestrzeni wieków doszło do wielu niechlubnych zdarzeń.

Szczególne miejsce w historii Argentyny już zawsze będą miały lata krwawej dyktatury wojskowej. Wtedy to dziesiątki tysięcy osób „zaginęło”, a rodziny do dziś nie znają prawdy o ich losie. Rządząca junta bezlitośnie torturowała i mordowała swych przeciwników, nie bacząc na ich wiek, czy płeć. Najgorszy los spotykał wówczas ciężarne kobiety, którym po porodzie odbierano dzieci i oddawano je do adopcji rodzinom popierającym ustrój. Takim właśnie dzieckiem była Analia, czyli Victoria Donda, która swą prawdziwą tożsamość poznała w wieku 27 lat. Wtedy też dowiedziała się, kim naprawdę byli jej rodzice oraz, kto stał się ich oprawcą. Postanowiła wówczas, że zmierzy się z białymi plamami w historii swojego kraju, aktywnie działając na rzecz praw człowieka w Argentynie.

Trudno byłoby merytorycznie zarzucić coś tej publikacji. Poruszająca i szokująca historia Argentyny, z najczarniejszego okresu lat 70 i 80-tych, opowiedziana przez młodą kobietę, która dotkliwie odczuła metody reżimu. Poszerza naszą wiedzę na temat, który niezbyt dociekliwie został potraktowany przez europejskie media, w tym polskie, dla których Argentyna stanowi zupełnie inną rzeczywistość.

Jeżeli jednak miałabym ocenić książkę pod względem stylu i jakości przekazu, to niestety, ale uważam, że Victoria Donda napisała ją w sposób nie do końca przemyślany. Gdyby publikacja nie niosła tak wartościowego przesłania i nie dotyczyła niezwykle trudnego tematu, ciężko byłoby przebrnąć przez lekturę. Autorka zastosowała bowiem dość nietypową metodę, opowiadając nam na pierwszych kilkunastu stronach całą historię swego życia. Kolejne dwieście, to jedynie jej rozbudowanie w znikomym stopniu, pochylenie się bardziej w kierunku historyczno-polityczym oraz powtarzanie tych samych informacji, które ponawiane wielokrotnie, przestają poruszać.

Być może szczerość Victorii Dondy, okaże się ważniejsza, niż nieumiejętność napisania książki. Gdyby jednak znalazła ona właściwego doradcę w odpowiednim momencie, wartość estetyczna tej publikacji byłaby większa. Jej opowieść nie jest pierwszym dokumentem, traktującym o traumatycznej przeszłości bohaterki, warto więc było pokusić się, by skorzystać ze znanych już wzorców i znaleźć dobry sposób przekazu. Interesujący i łatwy w odbiorze, nawet gdyby miał przybrać bardziej formę dokumentu, niż powieści.

Abstrahując jednak od tego, najbardziej istotne w tym wszystkim jest jednak to, by prawda ujrzała w końcu światło dzienne. Ważne, by ludzie dowiedzieli się o losach tych, którzy podobnie jak inni opozycjoniści na całym świecie, walczyli o lepszą przyszłość. Dla spokoju ich rodzin, utraconych dzieci, oraz historii.

Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)

Victoria Donda, „Mam na imię Victoria. Zaginione dzieci Argentyny”, Carta Blanca, Warszawa 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat