Niby wszystko wygląda ładnie, prosto i pięknie. Mamy rodzinę, znajomych i przyjaciół. Albo tych bliższych, albo tych z pracy. I w zasadzie myślimy, że tak będzie zawsze. Co jednak z tymi, którzy wyprowadzili się z rodzinnego miasta, gdzie zostawili swoich najbliższych. Co z tymi, którzy pracując, zapominają o ludziach wokół? Ci pewnego dnia budzą się i czują ogromną pustkę – nie mają z kim wyjść do kina, na zakupy czy po prostu, po babsku poplotkować.
Wiktoria, Marta i Karolina są właśnie takimi osobami. Samotnymi i spragnionymi przyjaźni. Kiedy więc Wiktoria przekracza wszystkie swoje granice wstydu i robi rzecz dla niej niewyobrażalną, czyli umieszcza w necie informację, że szuka przyjaciół, odzywają się do niej dwie kobiety. I wtedy rodzi się przyjaźń między niepracującą matką, niedocenioną aktorką i pracoholiczką. Wszystkie kobiety są do siebie niepodobne, mają inne doświadczenia życiowe, inne przyzwyczajenia, a jednak potrzeba posiadania obok siebie kogoś życzliwego zwycięża. Zwycięża jednak do czasu, aż na jaw wychodzi, że łączy je coś jeszcze. Pozostaje tylko pytanie, czy ich znajomość przetrwa i czy kobiety będą starały się za wszelką cenę ocalić łączącą je więź.
Choć książka jest lekka i przyjemna, czyta się ją szybko, to porusza tematy dość ważne. Pokazuje, jak ważne jest w życiu to, żeby mieć obok siebie kogoś, do kogo można zadzwonić o każdej porze dnia i nocy. Kogoś, kto zrozumie nas w każdej sytuacji i nie będzie starał się oceniać. Co najwyżej podpowie i wyrazi swoją opinię. Powieść jest z pozoru prosta, ale porusza też tematy (oczywiście na marginesie całej akcji) o wiele poważniejsze. Kołakowska zastanawia się, do jakich poświęceń jesteśmy zdolni w imię przyjaźni. Co jest ważniejsze – nasze szczęście czy szczęście naszych przyjaciół? Mówi też o tym, że tylko my sami jesteśmy odpowiedzialni za podejmowane decyzje i za nasze życie. W bardzo ciepłej i uroczej atmosferze pisarka przemyca prawdę o trudnościach w utrzymywaniu znajomości. Nie mówiąc już o przyjaźni.
Losy bohaterek przedstawia nam wszechwiedzący narrator. Każdą jednak sytuację pokazuje z różnych punktów widzenia, z perspektywy każdej z dziewczyn. I Karolina, i Wiktoria, i Marta mają swoje własne cele, swoje zdanie i inaczej odbierają to, co dzieje się wokół nich. Mamy więc trzy strony medalu i do końca sami nie możemy się zdecydować, którą z bohaterek lubimy bardziej i do której nam bliżej. One po prostu są tak fajne, że czytelnik ma ochotę pójść z nimi na kawę. I razem i z każdą osobno.
„Przyjaciółki” przekraczają też pewne tabu. Nie oszukujmy się, szukanie przyjaciół czy też miłości przez Internet nie należy do najpopularniejszych metod, a Kołakowska zrobiła z tego najnormalniejszą rzecz pod słońcem. Tak samo popularną, jak spacer po parku. I dobrze. Tym bardziej, że zrobiła to rewelacyjnie.
Na duży plus zasługuje również zakończenie powieści. Wieloznaczne i naprawdę nieprzewidywalne. Cieszę się, że autorka nie podzieliła losu pisarzy, których wszyscy bohaterowie żyją długo i szczęśliwie w małym domku z białym płotkiem.
Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)
Agata Kołakowska, „Przyjaciółki”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Komentarze