Nie znaczy to jednak, że nie odnajdziemy w „Juliet, naga” wątków, które znamy z wcześniejszych powieści Hornby’ego. Po pierwsze, znowu pojawia się motyw dorosłego, acz kompletnie niedojrzałego mężczyzny. Niedojrzałego, oczywiście, do stworzenia związku. Po drugie, wracają motywy „muzyczne” – zafascynowanie graniczące z obsesją (w „Był sobie chłopiec” taką rolę odgrywała muzyka Nirvany). Po trzecie, znów perypetie dotyczą głównie relacji damsko-męskich, to one są osią fabuły. Nie wspominamy o takich „detalach”, jak zręczne prowadzenie akcji, brak dłużyzn oraz lekkość pióra.
Przy okazji autor porusza kwestie fundamentalne - choćby problem związku między biografią artysty a jego sztuką. Czy niemoralne postępowanie może dyskredytować twórczość? Czy słuchając genialnej płyty jest istotne, że wykonawca zdradzał żonę? Czy artystą się „jest” (przez całe życie), czy tylko „bywa” (w momencie pracy nad konkretnym dziełem)? Te i inne dylematy przewijają się w powieści, tworząc niejako tło dla fabuły.
„Juliet, naga” łączy w sobie dwie popkulturowe tendencje – znów dostajemy błyskotliwą opowieść o „niedojrzałych dorosłych”, ale równocześnie – fabuła i pomysł burzą stereotypy. W rezultacie otrzymujemy doskonałą rozrywkę, która nie ogłupia, a wręcz skłania do refleksji.
Aleksandra Konarzewska
(aleksandra.konarzewska@dlalejdis.pl)
Nick Hornby, „Juliet, naga”, Nowa Proza, Warszawa 2010
Komentarze